chatkowe SPA

Wczoraj idąc spać uświadomiłam sobie, że znowu nie zapisałam sobie proporcji. Zawsze tak robię jak gotuję, szukam przepisu (nigdy sobie nie zaznaczam, który przepis to był ten dobry), robię mydła, kule czy masła do  ciała itp…  Teraz to zmienię i będę sobie to zapisywać tutaj. Dodatkową motywacją będzie blog, a ja nie zgubię kartki z przepisem czy pliku w odmętach mojego laptopa. Internet nie zapomina i nie gubi – czasem to dobrze :).

Zaczyna się robić trochę deszczowo i szaro, więc będzie więcej czasu na chatkowe SPA. Zrobiłam też zakupy: olejki eteryczne u Klaudyny Hebdy i składniki do mydeł, kul w moim ulubionym sklepie EcoFlores. Będzie więcej takich wpisów i pomysłów.

W sobotę udało mi się zrobić cudowne masło do ciała, po kilku próbach znalazłam dobre proporcję. Nie stosuję przepisów z książek, innych blogów, bo nigdy nie mam wszystkich składników, ale tym się inspiruję.

MASŁO DO CIAŁA ORIENTALNE

SKŁADNIKI:

  • 100 g masła shea nierafinowanego
  • 70 g masła kakaowego nierafinowanego
  • 130 g oleju kokosowego nierafinowanego
  • 100 g olejów płynnych: 10g olejku z dzikiej róży, 30 g olejku z pestek winogron, 60 g olejku ze słodkich migdałów

czyli, okazuje się że proporcja oleje stałe (masła, olej kokosowy) 3:1 oleje płynne dla mnie jest super 🙂 masło bardzo dobrze się rozsmarowuje.

Zapach: 20 kropli olejku ylang ylang, 20 kropli olejku paczulowego i 10 kropel olejku cytrynowego.

WYKONANIE:

Rozpuściłam masła i olej kokosowy w kąpieli wodnej, wymieszałam z olejami płynnymi (blenderem z końcówką do ubijania). Gdy mieszanka miała 40 st. C dodałam zapach i wymieszałam. Masło wsadziłam do lodówki i po kilkunastu minutach znów ubiłam blenderem i tak kilka razy, aż uzyskałam satysfakcjonującą mnie konsystencję. Przelałam do pudełeczek i odstawiłam. Masła wyszło dość dużo i mogłam część sprezentować najbliższym :).

A na koniec i zachętę do eksperymentowania piękna śnieżynka 🙂 – troszkę zielona, bo jeszcze mamy lato i pachnie jałowcem:

miszmasz

Wrzesień jest prawie zawsze dla mnie przełomowy:

  • wrzesień 2011 – wyjechałam do Bristolu, żeby troszkę zarobić na swoje marzenia w Polsce
  • 2 września 2012 – założyłam firmę swoich marzeń – Lackową
  • 7 września 2013 – wyszłam za najwspanialszego człowieka na świecie

  • 10 września 2014 – przyszła na świat mała kruszynka Hania
Pierwszy raz na rękach u mamy 🙂

WRZESIEŃ 2017

Wrzesień 2017 również niesie ze sobą zmiany. Lackowa kończy swoją działalność. Ja myślę o czymś nowym, u Tomka w pracy też się zmienia, Hanka poszła do przedszkola.

Wrzesień zawsze niesie ze sobą nowości i nowe nadzieje. Dzieci idą do następnej klasy, nowej szkoły. Dorośli wracają do rzeczywistości po urlopach z nowym doświadczeniem i siłą. W styczniu mamy nowe pomysły, postanowienia, a we wrześniu je weryfikujemy, coś dodajemy, odejmujemy, urealniamy.

To już drugi wrzesień, który wymaga ode mnie podsumowania lata w chacie… jest to trochę przykre, bo już drugi raz okazje się, że ciepłe miesiące „zmarnowaliśmy” na bycie razem, spacerowanie, chodzenia po górach i nie zrobiliśmy właściwie nic z tego, co planowaliśmy wiosną. Przyjdzie czas na tą pracę, bo już gdy będzie samochód, dzieci będą starsze i będą jakieś pieniążki to nie będzie już usprawiedliwienia. Dla nas mieszczuchów nawet takie zwykle życie w górach wymaga większego wysiłku, pracy. Nie jestem przyzwyczajona do rąbania drewna, palenia w piecu. Zaraz będę robić pomidorową i nawet nie muszę się zastanawiać jak to zrobię, bo włączę gaz i zupa sama się będzie gotować. Tu w mieście nie muszę dokładać do pieca, zastanawiać się czy wystarczy drewna. Za to tam w chacie mam lepszą zupę i mogę ją zjeść z widokiem na las.

Może to jest właśnie dobry moment na cieszenie się po prostu byciem w lesie, spotykanie nowych ludzi, oswajanie się z przyrodą. W tym roku poznaliśmy sąsiadki z Makowicy, które robią pyszne rzeczy z mleka i nawet pokazały Hani jak doi się krowę (ona już wie, że mleko nie rośnie w sklepie w kartonach). To lato przeżywaliśmy również w lepszym standardzie życia – to było pierwsze lato bez rurki!!! Hanka biegała z piłką i kotem, mogliśmy pojechać na bazę namiotową Gorc, chodzić na dłuższe spacery bez sprzętu! 🙂 Cudownie! Spędziliśmy też dużo czas z kuzynem Piotrusiem.

Wrzesień niesie ze sobą trochę tęsknoty. Lato się kończy i wiem, że następny dłuższy czas w chacie czeka mnie za 10 miesięcy.

Bez kategorii

Z każdej góry trzeba zejść, nie lubię tego schodzenia… wolę wchodzić, mieć cel przed sobą. Lubię męczyć się wchodząc pod górę, ale dziś będzie o schodzeniu, o powrotach. Schodzenie to dla mnie ta mniej ulubiona część chodzenia po górach i w życiu podobnie. Jest to jednak obowiązkowy element wędrowania.

Wróciliśmy z chaty, już w sobotę i to chorzy. Dopiero dziś zebrałam się do napisania wpisu. Powrót do Krakowa po kilku tygodniach w lesie, w górach zawsze mnie „rozwala”, nie mogę się za nic zabrać i się odnaleźć w „nowej/starej” rzeczywistości. Tym bardziej teraz, bo oprócz zejścia z Pałoszówki na dół, jestem w trakcie mozolnego i bardzo trudnego dla mnie schodzenia z innego szczytu. Jest to mała góra i mój mały sukces, osiągnięty cel, który trzeba zostawić za sobą… Zamykamy firmę, która przez 5 lat organizowała wycieczki, dawała mi wytchnienie, gdy było mi ciężko i była moją osobistą odskocznią od codzienności. Lackowa przetrwała ze mną moje najpiękniejsze chwile – pierwsze randki, wyjazd, wakacje z Tomkiem, ślub i najtrudniejsze momenty mojego dotychczasowego życia – szpital, nieprzespane noce, zmęczenie. Lackowa przetrwała te 5 lat dzięki Kasi, której za to bardzo dziękuję! Teraz nadszedł czas zejścia do doliny Bielicznej i zatrzymania się w cieniu cerkwi. Trzeba otworzyć mapę i poszukać innego szczytu… może tym razem w Beskidzie Sądeckim.

SCHODZENIE Z LACKOWEJ

Zdecydowanie schodzę zachodnią ścianą Lackowej. Jest to dla mnie ciężki zejście, bo Lackowa ma się dobrze i była to cudowna przygoda, pełna wspaniałych spotkań, ludzi i wyzwań.

Dlaczego schodzę? Cały czas to pytanie mam w sercu, odpowiedz jest w głowie… (i tam ją zachowam)

Schodząc zależy mi na tym, aby Ci którzy mi towarzyszyli przez te 5 lat nie odczuli mojej nie obecności na Lackowej. Organizację wycieczek oddajemy w ręce Ani i Piotrka z Via Cracovia. Warsztaty dla szkół i kobiece spotkania zostają u nas, bo jak mówiłam szukam już innej góry :)…

Jestem pełna nadziei, że koniec to początek czegoś nowego! 🙂

POWRÓT Z CHATY

Koniec letniego pobytu w chacie to również początek czegoś nowego – Hanka zostaje przedszkolakiem. Oznacza to, że mama zyska dla siebie kilka godzin dziennie i będzie mogła… każda mama myśli o tym ile zrobi, a potem życie to weryfikuje. Pochwale się tymi wolnymi godzinami jak rzeczywiście uda mi się coś osiągnąć:). Tata też  zaczyna coś nowego.

Życzymy Wam, aby koniec wakacji był dobrym początkiem… A sobie, aby zejście z Lackowej, było możliwością wejścia na nową górę (może tym razem wyższą)!

Hania przedszkolak – wie, które grzyby są jadalne, kto daje mleko (baaa widziała) i gdzie mieszkają jaszczurki
miłość

Czas na wpis, na który czekałam 2 lata i 9 miesięcy… czas na dobre zakończenie.

DOBRE ZAKOŃCZENIE

Nasza historia z chorobą dziecka ma dobre zakończenie.

Wyszliśmy ze szpitala zdrowi, nowi i pełni energii, ze świadomością, że zmienia się nasze życie. W czwartek 13 lipca pożegnaliśmy się z rurką, ssakiem i prawie wszystkimi aspektami związanymi z tracheostomią (została jeszcze blizna).

Wyszliśmy ze szpitala odmienieni siłą doświadczenia choroby, cierpienia. Już zawsze, gdy przejeżdżam koło Szpitala Uniwersyteckiego w Krakowie – Prokocim, mam taki moment wzruszenia. To dobre wzruszenie. Przypominam sobie małą Hankę leżącą na oddziale intensywnej terapii i nas codziennie przemierzających w zielonych fartuchach sterylne korytarze. Myślę o drodze jaką przeszliśmy i o dobrym zakończeniu, o wielkości naszej miłości i o Bogu, który dał mi siłę i wiarę.

Czas na podsumowanie, ale zaczniemy od podziękowań.

DZIĘKUJĘ!

Chciałam podziękować wszystkim, którzy myśleli o Hani, a przede wszystkim za modlitwy. Wiem, że jest wiele osób, których nie znam, a byliśmy w ich wieczornych myślach posyłanych do Boga. Dziękuję Róży za uświadomienie mi, że tyle osób się za Hankę modli, więc na pewno będzie dobrze. Nie widziała, że tymi słowami zdjęła ze mnie ciężar odpowiedzialności, że tylko ja swoją modlitwą i wiarą mogę to załatwić, a czasem tak ciężko mi to przychodziło i miałam do siebie o to pretensje. Mogłam wyluzować, bo przecież tyle osób modliło się o zdrowie Hanki, że musiało się udać. Dziękuję!

PODSUMOWANIE

Czekaliśmy na ten dzień bardzo długo. Tak o tym myślę teraz, bo to 2 lata 9 miesięcy i 11 dni, czyli ponad połowa tego czasu, który znamy się z Tomkiem… W ciągu tego okresu wiele się zdarzyło. Pewnie w perspektywie dalszego życia, za lat 10, 20 będzie to tylko epizot – krótka chwila, która tak wiele nas nauczyła i dała wiele dobrego.

MY

My kochamy się bardziej. Sprawdziliśmy się… po tak krótkim byciu razem okazało się, że pierwsze przekonanie było prawdziwe – przekonanie, że to ten jedyny. Pani w szpitalu powiedziała mi, że to jest niezwykłe, gdy facet zostaje z kobietą i swoim dzieckiem, które jest ciężko chore. Myślę, że w obliczu diagnozy, przed którą stanęliśmy, niejeden facet by zwiał… a Tomek zawsze Był i Jest i to przez wielkie litery. Dziękuję Ci Kochanie! 🙂

POZYTYWNE MYŚLENIE

Nauczyliśmy się doceniać to co mamy i widzieć więcej dobra. Myślę, że paradoksalnie jesteśmy teraz szczęśliwsi, dzięki doświadczeniu z rurką… Musieliśmy więcej z siebie dać, było trudno i ciężko, ale dawaliśmy radę i szliśmy do przodu i staraliśmy się zawsze widzieć tą lepszą stronę. Podobno to co przychodzi nam z trudem i wymaga od nas wysiłku jest cenniejsze niż coś co jest łatwe (bycie rodzicem w ogóle jest bardzo trudne).

SIŁA

Powiem krótko jesteśmy silniejsi :)…

INNI

Jeszcze jedna sprawa – przez całe to zamieszanie poznaliśmy wielu wspaniałych ludzi:

  • Panią Alę – naszą cudowną panią logopedę, która zawsze wierzyła w Hankę. Mi osobiście bardzo pomogło jej pozytywne nastawienie. Pani Ala jest lepsza od psychologa czy psychiatry :), a może dzięki niej nigdy nie potrzebowałam takiej osoby;
  • Ewelinę, Mariusza z dzieciakami – połączyła nas rurka i to, że w końcu można było pogadać z kimś kto nas rozumie. Na szczęście oni też już pożegnali się z rurką. Zawsze się wspieraliśmy w rozmowach, myślach i modlitwach. Są oni też pięknym świadectwem wiary;
  • lekarzy i pielęgniarki z domowego hospicjum Alma Spei, którzy zawsze okazywali nam życzliwość;
  • … i jeszcze pewnie wiele innych osób spotkanych w szpitalach, poradniach…

Kończę zdjęciem uśmiechniętej Hanki (sierpień 2015). Jutro jedziemy do chaty, więc nie będę się dalej rozpisywać. Zapraszam na dobrą herbatę, nalewkę (jeszcze jest) i może opowiem coś więcej! 🙂

miszmasz

Tomek ostatnio zastanawia się jak wykorzystać nasze doświadczenie i widzę, aby służyła innym. Może jakiś portal, baza danych? Forum już jest. Myśli jak informatyk. Ja też o tym myślałam, ale po kobiecemu – może studium pielęgniarskie, a może podyplomowe studia logopedyczne. Przeszliśmy (przechodzimy) próbę – życie z rurką tracheostomijną.  Mamy czym się dzielić, posiadamy dość nietypową i specjalistyczną wiedzę i umiejętności. Ten post powstaje, bo jest mi wyjątkowo ciężko – przeżywamy kaszel… a przy rurce to wyjątkowo trudne (będzie o tym dalej). W ramach pomysłu przekazania swojego doświadczenia pomyślałam, że najpierw zrobię to tu, bo to blog o wszystkim :).

Życie z rurką tracheostomijną

Nam się wydaje normalne, ale na pewno takie nie jest. Człowiek do wszystkiego się przyzwyczaja. Omówię kilka ważnych dla mnie kwestii.

Wyprawy w góry

Różnią się tym, że musimy mieć ze sobą dodatkowe obciążenie. Nie ma możliwość iść z Hanką samemu w góry – tylko w parze. Tata niesie nosidło z Hanką, a ja plecak ze ssakiem, cewnikami, dodatkową rurką, opatrunkami, octeniseptem i wszystkim innym czego potrzebuje każde dziecko, czyli pewnie jakieś 6 – 7 kg. Wykluczone też są wyprawy kilkudniowe z noclegiem na bazie – ssaka trzeba naładować prądem. Na każdy spacer też to nosiłam, kiedyś w wózku, później z chodzącą już Hanką w plecaku, a dziś ssaka zostawiam w domu (Hanka ładnie wszystko sama wykaszluje, na spacer w miarę blisko domy wystarczy zestaw ratunkowy) :)… Potrafiłam iść na zakupy z Hanką, plecakiem ze sprzętem medycznym i siatami. Ostatnio podjeżdżając autobusem z zakupami (plecak + siaty), Hanka na rękach i rower biegowy pod pachą śmiałam się do Pani stojącej obok, że jestem antyreklamą macierzyństwa.

Spanie

Pierwsza noc z Hanką w domu wyglądała tak, że na zmianę czuwaliśmy. Hanka była bezdźwięczna, więc jakby się obudziła to kto by to usłyszał. Okazało się jednak, że mogliśmy spać, bo moje uszy tak się wyszkoliły, że przez sen słyszę każdą zmianę oddechu Hanki i zawsze budziłam się jak trzeba było ją odessać, przykryć kołderką. Teraz jest łatwiej, bo Hanka mówi i już sama przychodzi do nas jak potrzebuje pomocy albo jak chce porozwalać się w łóżku między rodzicami  😀 .

Inne dzieci

Z tym miałam problem. Właściwie to z innymi matkami, bo one najczęściej dziwnie się patrzyły. Zapytana  przez dziecko na placu zabaw nie mam problemu z wytłumaczeniem dlaczego Hanka tak ma. Najbardziej nie lubię jak sam rodzic/babcia/opiekun wytyka Hankę palcem i tłumaczy dziecku co jej jest. Mało czasu spędzamy na placu zabaw, ale od września idziemy do przedszkola, więc nadrobimy czas z rówieśnikami.

Kaszel

Nie wiem jak wygląda kaszel u zwykłego dziecka, może też jest trudny. Czy aż tak? Kaszel wymaga czasem wstawania w nocy co 3 minuty w celu odessania, w praktyce wygląda to tak: kaszel, wstajesz, odsysasz, kładziesz się, kaszel, wstajesz, odsysasz, kładziesz się, kaszel, … i nie ma przerwy… Hanka śpi, ale ja muszę wstawać, nie umiem jej pomóc i dochodzi to tego, że czuje się bezsilna, zła, wściekła. Mam ochotę iść do kuchni i rozbić wszystkie talerze. Jestem wkurwiona. Chyba każda mama tak ma (ciężko się do tego przyznać), np. w sytuacji, gdy już naprawdę nie wiesz co robić jak dziecko płacze. Jeśli tak nie masz, to jesteś święta albo masz zupełnie inny temperament niż ja. Teraz przechodzimy kaszel – jest łatwiej, bo Hanka jest większa i właściwie sama wszystko wykaszluje. Ma też wodnistą wydzielinę, która sugeruje wirusowe zakażenie (wiedzieliście, że po wydzielinie z dróg oddechowych można poznać czy to wirus, czy bakteria).

Dziwne umiejętność (dla normalnych ludzi)

Mamy też kilka nowych umiejętności – sami wymieniamy opatrunek, rurkę tracheostomijną. O odsysaniu nie wspomnę, bo przy tej przypadłości jest to konieczne i niezbędne. Potrafimy również włożyć dziecku do żołądka sondę pokarmową i rozpoznawać po oddechu, wydzielinie stan Hanki np. teraz ma gorączek, bo szybko oddycha. Jeśli ktoś będzie potrzebować pomocy w takich rzeczach służę pomocą i radą.

Od 4 miesiąca życia Hanka chodzi razem ze mną do logopedy. Pani Ala jest osobą, która bardzo mi pomogła, bo zawsze w nią wierzyła i bardzo dużo mnie nauczyła. Te zajęcia nie tylko dały bardzo dużo Hance, ale również mnie.

Uff… kończę. Nie wiem czy dotarliście aż tu :). Mam nadzieję, że ten wpis niedługo będzie wspomnieniem. Mam nadzieje, że dobrym wspomnieniem, bo w tym konkretnym przypadku co nas nie zabiło to na wzmocniło… bardzo wiele się nauczyliśmy i dowiedzieliśmy o sobie.

Na koniec rzadkie chwile relaksu u Joli:

miejsca

Mam takie marzenie, a właściwie miejsce: baza namiotowa… Którą? Chyba lubię wszystkie. Czuję, że w te wakacje uda się nam w końcu odwiedzić Gorc, może Lubań 🙂 a może Radocynę (tak zaczniemy od baz prowadzanych przez SKPG Kraków, bo tam na pewno spotkamy znajomych). Potrzeba jednak jeszcze trochę cierpliwości.

Mam trochę bazowego klimatu w chacie, ale to mi nie wystarczy. Potrzebuję nocy pod namiotem. Oglądam z zazdrością zdjęcia na FB. To był mój wakacyjny plan numer 1, ale życie pisze swoje scenariusze… dobre scenariusze. Mam teraz Pałoszówkę, która zastępuje mi bazy, obozy harcerskie, zbiórki, itp… i sama tworzę ten klimat! Czasem jednak jestem zmęczona i chciałabym odpuść i wejść jako gość w ten bazowy klimat.

Jeden z ostatnich wypadów na bazę – Lubań 🙂 tak było pięknie, lato 2013

Przeżyliśmy też chorobę dziecka i nie mogliśmy jechać na bazę w pierwsze jej wakacje i w drugie, ale w trzecie się uda 🙂 już mam nadzieje bez rurki… znaczy ja to wiem – czuję, że tak właśnie będzie. Trzymajcie kciuki! Czekamy już od ponad dwóch lat i uczymy się cierpliwości. Zyskaliśmy też siebie – sprawdziliśmy się jako małżeństwo, nauczyliśmy się wierzyć, widzieć więcej i częściej się uśmiechać z małych powód… zapędziłam się. To już do innego wpisu z okazji wyjścia z rurki, który podsumuje ten czas.

ale nie myślcie, że nic się nie działo przez pierwsze, drugie wakacje… Hania i mapa, Tokarnia 778 m n.p.m. w Beskidzie Niskim, wakacje 2015 – Chata nad Wisłokiem

na koniec…

życzę Wam cudownych wakacji 🙂 zapraszam do nas! namawiam też na bazy namiotowe, bo to wspaniałe miejsca przypominające mi trochę harcerskie czasy. Bawcie się dobrze!

 

 

miszmasz

Dziś Dzień Dziecka i chciałam Wam wszystkim złożyć życzenia, abyście zawsze mieli w sobie dziecko. To dobre dziecko, które jest ciekawe, dociekliwe, radosne i posiada umiejętność cieszenia się z małych rzeczy. Życzę Wam, abyście przeżywali codzienność swojego dorosłego życia jak dziecko, które traktuje każdy dzień jak najbardziej ekscytującą przygodę. Gdy zdarzy Wam się gorszy dzień, mały upadek to wstawajcie jak dzieci z ufnością i szybko wymazujcie złe chwile z pamięci. Proszę wyrzucie z siebie małego urwisa, który jest kłótliwy i czasem płacze bez powodu.

Fajnie być dorosłym 🙂 Dzień Dziecka

Dorośli zawsze mówi mi, że dzieciństwo to najpiękniejszy okres w życiu. Mi dobrze jest teraz i tu gdzie jestem. Czuję się uwolniona od rozterek małego dziecka, nastolatki. Pracuję z dziećmi i obserwuję ich cierpienie z byle powodu, bo on się nie uśmiechną, bo zdarłam kolano, bo ona powiedziała, że jestem głupia. Nam się wydaje to błahe, a pamiętacie jak wypłakiwaliście się w poduszkę, bo ona bardziej lubi tamtą, a ten nie zaprosił mnie na urodziny.

Nie jestem też zawsze zbyt poważna, umiem wydobyć z siebie dziecko, które ma marzenia, nie poddaje się i widzi bardziej możliwości niż przeciwności.

Każdy etap życia może być ekscytujący :). Mam nadzieję, że to myślenie mi się nie zmieni. W każdym wieku powinno obchodzić się Dzień Dziecka, bo jak powiedziała dziś mała Julka, każdy jest dzieckiem Boga. Kończę tym pozytywnym akcentem i pozdrawiam z nocnego Sandomierza.

miszmasz

W sobotę (tydzień temu) wieczorem zadzwoniła Agnieszka. Czekałam na ten telefon od dłuższego czasu, zbliża się 60 lecie. Wracają wspomnienia i z przerażeniem uświadamiam sobie, że mam problem z  kolejnością moich harcerskich obozów (Zaćkimbaniec – 2000, J. Czarne – 2001, Dol. Bieliczna – 2002, J. Radachowskie – 2003, Dol. Czertyżne – 2004, J. Barlin – 2005, Dol. Starego – 2006). Zimowisk już sobie nie przypomnę i kiedy byliśmy w Grecji też nie wiem :(. Nie pamiętam wielu innych spraw… ale w sercu mam wdzięczność do Puszczy za to, że mnie ukształtowała i nauczyła chodzić po górach, radzić sobie w trudnych sytuacjach, pomogła znaleźć pierwszą pracę i kolejną. Mam też w sobie pewien żal o to, że czasem nie potrafię się poddać i mimo, że chciałabym zamienić się w szarą, małą myszkę, która nie da rady, nie umiem i idę do przodu. Nie mam natomiast złych wspomnień. Taki mam charakter, że to co nie było miłe szybko zapomniałam i do tego nie wracam.

60 lat

15 maja Szczep Puszcza będzie miał 60 urodziny, a mi mija 10 lat od kiedy formalnie odeszłam z Puszczy.

Był czas kiedy byliśmy najlepszą Radą Szczepu: tworzyliśmy, przyjaźniliśmy się, chodziliśmy na kawy, dzwoniliśmy do siebie, zwierzaliśmy się, razem śpiewaliśmy, spędzaliśmy wolny czas i witaliśmy Nowy Rok. Wydawało mi się, że tak będzie zawsze. Okazało się jednak, że łączyło nas głównie harcerstwo. Myślę, że minęło 10 lat od ostatnich spotkań, telefonów. Jak w każdej burzliwej, młodzieńczej historii pojawił się element wielkiej miłości i wielkiego rozczarowania. Dziś jestem już w innym życiu, mądrzejsza, dojrzalsza i zdystansowana. Jest we mnie pewna tęsknota za Wami 🙂 (myślę o tej zgranej kadrze, którą byliśmy). Może jak nie uda mi się dotrzeć na ognisko z okazji 60 lat Szczepu Puszcza to zorganizuję jakieś spotkanie , a może lepiej nie – jestem już w innej Puszczy :)… i może nie ma sensu wracać do starych przyjaciół… jeszcze nie wiem.

Moja obecna Puszcza 🙂 czyli las koło mojego domu

A jednak (wpis tworzy się kilka dni) spotkanie się odbędzie i to nie dla byłej Rady Szczepu, ale dla wszystkich :). Dziś odwiedziła mnie Ola (Pasiak) i postanowiłyśmy zorganizować śpiewogranie. Pewnie myśl o tym, że powinnam zobaczyć się z byłą kadrą powstała dlatego, że naprawdę od prawie 10 lat nie utrzymujemy kontaktów. Nie pomyślałam o moim ZZ (zastęp zastępowych), bo z nimi widzę się w miarę regularnie (zawsze łączyło nas coś więcej niż drużyna) i o Grażynie, bo z nią łączy mnie dużo więcej niż Puszcza. Moja komenda zawsze była otwarta dla każdej harcerki i harcerza i niech właśnie tak pozostanie 🙂 – miło będzie Was wszystkich zobaczyć :). Informację o spotkaniu znajdziecie na FB.

chata

W chacie przed sezonem najlepiej się śpi :). Przetestowaliśmy to podczas ostatniego urodzinowego weekendu. Pogoda kwietniowa (śnieg-słońce-śnieg-słońce), siedzenie do późna, 30 lat, cisza i ten cudowny trzask drewna w kominku sprawiają, że trudno oprzeć się drzemce. W chacie tak wspaniale się śpi, a szczególnie w dzień, bo w nocy nie czuje się jeszcze dość komfortowo. Jestem typowym mieszczuchem w tej kwestii i lubię światło latarni i odgłosy ulicy w nocy i poczucie, że pod, nad, w lewe i w prawo sąsiad i to tylko kilka metrów ode mnie. Jak wrzasnę to obudzę pół bloku, a w chacie cisza, ciemność i przychodzą do mnie czasem, z samej głębi mnie, potwory i duchy z dzieciństwa.

Niektórym śpi się dobrze nie tylko w chacie 😀 u taty na plecach nawet lepiej

W moim sercu przed sezonem

W moim sercu przed sezonem radość 🙂 bo wszystko przed nami – lato, praca, zabawa, goście. Przygotowuje się, aby ten czas dobrze wykorzystać. Czekają mnie nowe spotkania i nowe, stare szlaki i chwile na przełęczy. Będą zachody słońca w miłym towarzystwie. Plan z serca na sezon 2017 to wyjść w końcu na wschód słońca na przełęcz – kto chętny ze mną?

1.04.2017 – zachód słońca oglądany z córką i mężem

A w głowie…

kilka ważnych planów chatowych: studnia, altana, piaskownica i plac zabaw. Są też mniejsze wyzwania: nauczyć się obsługiwać piłę, uporządkować las (to chyba jednak duży cel), zrobić nalewki. Tamte lato pokazało mi, że życie w chacie jest piękne, ale bywa trudne i nie wszystko od razu się udaje. Doświadczyłam małego rozczarowania, że nie dałam rady i brakło czasem sił, czasu na realizację planów. Dziś jestem spokojniejsza i mimo wielu pomysłów daję nam więcej czasu (nie ten rok, to następny, byle to 40 zdążyć).  Przyjdzie moment na pewne rzeczy i to co teraz mnie przerasta na pewno za jakiś czas będzie mniejsze.

Na razie trzeba zając się tym:

Sprzątaniem 🙂
i spacerowaniem

Cieszę się na ten majowy weekend, gdy w końcu śmiech ściany rozjaśni, a Hanka będzie miała się z kim bawić.

Dziękuję też za obecność tym, którzy w chacie razem z nami świętowali moje 30 urodziny, a tym samym początek mojego najbardziej produktywnego 10 lecia życia :). Na 40 mam zamiar Was zaprosić do wyremontowanej Pałoszłowki z sauną, z ruską banią, z zastawą z Bolesławca, z mini galerią obrazów Kaśki i aniołów Magdy, … wjedziemy super autem i będziemy świętować początek najbardziej spełnionego 10 lecia życia (bo po 40 zaczyna się prawdziwe życie podobno). Póki co cieszę się 30 🙂

miszmasz

Co może się wydarzyć w ciągu 30 lat? Wszystko i nic… Ostatnie 30 lat to dla świata okres bardzo intensywny. Zmiany są bardzo szybkie, że czasem nie zdążymy ich zauważyć. Ja wciąż nie wiem co to snapchat 🙂 i nie bardzo rozumiem czemu młodzież zamiast rozmawiać pisze, wysyła minki, kupy, serduszka… Myślę, że czuję większą różnicę wieku między mną, a kolejnym pokoleniem, niż nasi rodzice, ich rodzice, ich dziadkowie i babcie. Ciekawe co czeka mnie na starość… a tak naprawdę wcale mnie to nie interesuje, bo zaszyję się w lesie. A jeszcze bardziej prawdziwie to myślę, że albo świat zwariuje albo zawrócimy… Może w takim środowisku się obracam, ale widzę, że jest moda na powrót do natury. Chociaż wśród moich znajomych nie ma osoby bez laptopa i telefonu. Pomyśleć, że dało się kiedyś żyć bez zasięgu i Internetu. Teraz też się da: zapraszam do chaty 😀 😀 (ale pewnie tylko na chwilę jest to możliwe).

Ostatnie 30 lat dla mnie to całe moje życie.

Kiedyś myślałam, że w 30 urodziny będę już stara. Każdy chyba tak myślał i nagle nie zauważenie patrzy w kalendarz i liczy i nie dowierza – 30 lat. Nie jestem już młoda. Jestem w kwiecie wieku, w najlepszym momencie życia (zawsze jestem 😀 :D). Czuje się młodo, zdrowo i pięknie! 🙂

Mam siłę na wiele spraw, wyzwań. Patrzę wstecz, ale tylko na to co dobre, by czerpać z tego energię i dziękować! Mam jeszcze wiele celów do zdobycia i wiele miejsc do odwiedzenia, ludzi do poznania. Ta 30 to powinien być taki czas, kiedy ma się wszystko poukładane – życie rodzinne, zawodowe, osobiste i w końcu można skupić się na Życiu przez Wielką Literę. Nie jest to łatwe, bo gdy już wszystko sobie ładnie uporządkujesz to możesz stwierdzić uff to teraz siadam i … albo siedzisz i delektujesz się tym jak jest (UWAGA! To pułapka trzeba działać, żeby było jeszcze lepiej) albo siedzisz i czekasz, aż się wszystko rozsypie albo nie siadasz tylko napierasz dalej :). Stawiaj sobie cele każdego dnia, nie muszą być one wielkie. Życie składa się w większości z szarej codzienności, więc niech te wyzwania będą zwyczajne i staraj się w tym odnajdywać radość. To chyba najtrudniejsze. Chyba piszę do siebie 🙂 Dżasta, jak będzie Ci ciężko i nie będziesz miała motywacji wstać z łóżka (zdarza mi się) przeczytaj ten wpis i się opamiętaj!

To było cudowne 30 lat i chciałam Wam podziękować za obecność w moim życiu. Nie będę wymieniać komu za co, bo za dużo tego jest i mogłabym kogoś pominąć tak zupełnie niechcący. Dziękuję też tym, którzy utarli mi w życiu nosa, odrzucili i nie zawsze byli mili, bo dzięki temu jestem odporniejsza.

Kim jestem w wieku 30 lat?

Jeszcze jedna myśl mi krąży po głowie… a właściwie pytanie: Kim jestem? Kiedyś (12 lat temu) to pytanie zadał mi dh. Marcin, gdy szłam w ciemną noc zdobywać sprawność Trzech Piór. Pytanie poprzedził opowiadaniem Anthon’ego de Mello „Kim jesteś?”.

„Kobieta pogrążona w śpiączce umierała. Nagle odniosła wrażenie, że została wzięta do nieba i stoi przed Sądem.
– Kim jesteś? – rzekł do niej Głos.
– Jestem żoną burmistrza, – odparła.
– Nie pytałem, czyją jesteś żoną, ale kim jesteś?
– Jestem matką czworga dzieci.
– Nie pytałem, czyją jesteś matką, ale kim jesteś?
– Jestem nauczycielką.
– Nie pytałem, jaki masz zawód, ale kim jesteś?
I tak dalej. Niezależnie od tego, co odpowiadała, nie wydawało się to być zadowalającą odpowiedzią, na postawione pytanie: Kim jesteś?
– Jestem chrześcijanką.
– Nie pytałem, jaką religię wyznajesz, lecz kim jesteś?
– Jestem tą, która co dzień chodziła do kościoła i zawsze pomagała biednym i potrzebującym.
– Nie pytałem, co czyniłaś, ale kim jesteś?
W końcu, najwidoczniej przesłuchanie okazało się niezadowalające, bo została z powrotem przysłana na ziemię. Gdy wydobrzała po chorobie, postanowiła odkryć kim jest. I na tym polegała cała różnica.”

Wtedy po 24 godzinach spędzonych w lesie odpowiedziałam na to pytanie: Jestem nikim. A dziś do głowy przychodzi mi słynne „Jesteś zwycięzca” 🙂 … i tym zwycięskim akcentem kończę mój długi urodzinowy post.

I na koniec moje największe zwycięstwo 🙂