miłość

Mam taki swój ulubiony cytat o marzeniach:

„Mam całe stosy marzeń (…) To jest kwestia statystyki – jak Pan ma jedno marzenie, to jest spora szansa, że się nie spełni, ale jak Pan ma ich tysiące, to co chwila spełnia się któreś z nich. Właśnie na tej zasadzie mi się wciąż udaje realizować marzenia – stosuję teorię wielkich liczb i odrobinę wiedzy na temat statystyki.”
Wojciech Cejrowski

Staram się kierować tą prostą myślą… Jest w niej ukryta pewna prawda – żeby mieć dużo marzeń to muszą to być dość zwykle marzenia (Cejrowskiemu pewnie nie o to chodziło, bo on akurat robi wielkie rzeczy, ale w zwykłych czasem mu trochę nie wychodzi) i trochę tych niezwykłych również. A może inaczej, że trzeba doceniać zwykłe rzeczy i czasem naprawdę codzienne sprawy mogą być zrealizowanymi marzeniami.

Kiedyś wydawało mi się sprawą oczywistą, że będę miała męża, dwójkę dzieci i pracę, którą lubię. Każde dziecko tak myśli, że jako dorosły człowiek będzie herosem albo sławną osobą, a już na pewno, że będzie szczęśliwym człowiekiem. Potem z biegiem lat to się zmienia. Okazuje się, że nie jest to takie proste, że trzeba walczyć o swoje szczęście. Rzeczy, które kiedyś wydawały nam się naturalnym biegiem życia tak naprawdę nie są takie oczywiste.

MAŁŻEŃSTWO

Będę się powtarzać: mój Tomasz to mój osobisty cud! To nie jest tak, że się to stało i jest to normalna sprawa. To cud, że się wydarzyło w danym momencie życia, że się spotkaliśmy w tłumie i zauważyliśmy, że to prawdziwa miłość.

RODZINA 2+2

Zawsze marzyłam o przynajmniej dwójce pięknych dzieci. Wydawało mi się sprawą oczywistą, że dzieci rodzą się śliczniutkie, malutkie, pachnące i zdrowe. Hania zweryfikowała to myślenie. Z porodówki wróciliśmy do domu z pustym łóżeczkiem.  Ostatnio często wracał do mnie ten czas. Hania nauczyła mnie, że trzeba doceniać to co się ma. To nie jest oczywiste, że po porodzie słyszysz pierwszy krzyk dziecka i dostajesz bobasa do rąk. Hania nauczyła mnie, że wszystko jest możliwe… że wiara czyni cuda – to mój kolejny cud i zrealizowane marzenie! Było bardzo ciężko, ale wyszliśmy na prostą.

Znając naszą historię zrozumiecie, że gdy 6 czerwca o 23.20 na świecie pojawił się Ignaś – zdrowy, śliczny, malusi (ale przerósł nas wszystkich w swojej wadze urodzeniowej 3050 g), ja nie mogłam przestać się uśmiechać. To nie jest oczywiste, że rodzą się zdrowe dzieci… to jest cud. Dobrze, że jest to codzienny cud… Jak wiejski, pachnący chleb powszedni, który nigdy się nie nudzi. Jest codziennie, ale należy za niego dziękować i odnosić się z szacunkiem. Czasem go nie ma, a wtedy oznacza to wojnę albo inną klęskę żywiołową.

JESTEM SZCZĘŚLIWA Jestem tak bardzo szczęśliwa w tej nowej codzienności. Każdy dzień to moje zrealizowane marzenie. W końcu mogę poczuć jak to jest opiekować się maleństwem, mieć normalnie nieprzespane noce bez strachu o każdy oddech dziecka, karmić piersią. I pisząc ten post piję ciepłą herbatę!!! Myślę, że przeżywam to szczególnie, bo mam już dwójkę dzieci, ale nigdy nie miałam bobasa przy piesi i takiego mojego maluszka w ramionach. Hanka nauczyła mnie, że nie zawsze jest normalnie i teraz doceniam to jeszcze bardziej. A ona tak pięknie zareagowała na braciszka i jest taka duża i śliczna. Hanka to moja najpiękniejsza życiowa lekcja, która nauczyła mnie bycia szczęśliwą.

Dumna siostra 🙂

miszmasz

Tak siedzę w domu… w mieście. Maj i czerwiec to zawsze były moje najaktywniejsze miesiące w roku. Odkąd zajęłam się realizacją marzenia o własnej firmie i zabieraniu innych w ciekawe miejsca, maj i czerwiec kojarzył mi się z ciągłym przepakowywaniem i górami między czasie dla siebie, Tomka i potem też Hanki.  A chata w tym najpiękniejszym okresie wcale nie była odwiedzana tak intensywnie i nie było kiedy zrobić syropu z sosny, czarnego bzu. Doszłam to tego, że patrzę na ogrody innych ludzi z zazdrością, a u siebie nie mam kiedy nic posadzić i o nic zadbać. W maju i czerwcu zawsze coś się dzieje. Dobrze, że na ten rok postawiłam sobie wyzwanie i napisałam pracę podyplomową, którą właśnie skończyłam… to mnie jakoś uratowało przed poczuciem czasu nie wykorzystanego w pełni.

Majowa chata ginie w zieleni…

Ja już naprawdę nie mogę oglądać zdjęć na FB, bo mnie niesie, a musiałam się dostosować do wielkiego brzucha, słabości własnego ciała i małego człowieka, którego jeszcze nie ma… ale teraz to już kwestia dni :).

Zawsze mnie nosiło i teraz zaczęłam zastanawiać gdzie jest problem. W chacie mnie aż tak nie nosi… Opuszczam ją czasem podczas dłuższego pobytu np. miesięcznego bardziej z poczucia obowiązku i że trzeba gdzieś coś zobaczyć innego. Zrobiliśmy sobie z Tomkiem postanowienie, że co roku będziemy jeździć na tydzień jego urlopu gdzie indziej niż do chaty. W pierwszym roku się udało, a potem już nie. W tym roku też się nie uda, ale to już w trochę innych powodów.

Może problem nie jest w mieście, ale we mnie. Ja i moja siostra to chyba jedyne mi znane osoby, które rozpłakały się, że zostało im zaproponowane zjechanie kolejką z  Kasprowego Wierchu, a nie zejście. Zjechałam, bo buty były całe mokre i decyzja nie należała tylko do mnie.

Ciężkie były dla mnie ostatnie tygodnie w sposób przenośny i dosłowny. Udało się jednak odkryć kilka pozytywnych rzeczy np. pięknie kwitnące akację po drodze do przedszkola i że da się nic nie robić.  Może w życiu człowieka powinien być tak czas, kiedy się zatrzymujemy. Bardzo trudno mnie zmusić do zupełnie biernego odpoczynku. Na razie jedyną osobą której się to udało jest mały człowiek w moim brzuchu. Nawet Hanka mnie nie zatrzymała, a może nawet zmotywowała, żeby dać z siebie jeszcze więcej. Niektórzy chcą nam wmówić, że dzieci nic nie zmieniają w naszym życiu. A jednak zmieniają i to zanim się pojawią. Jeszcze będę musiała odpracować to majowe nieróbstwo…

Dzień Dziecka

Chciałam Wam jeszcze napisać coś górnolotnego o Dniu Dziecka, ale oczy mi się przymykają, więc odsyłam do życzeń z poprzedniego czerwca, kiedy byłam bardzo aktywna i mniej zmęczona: tutaj :).

i majowa Hanka z majowym kotem 🙂