miłość

Niepostrzeżenie wkradł już się luty… wszedł z deszczem i cały w kolorach szarości, dobrze, że jest miłość. To kolejny luty, w którym trzeba napisać o najważniejszej sprawie na świecie. Dziś zaczyna się dobry czas – Tydzień Małżeństw, czyli cykl spotkań dla małżeństw w różnych miastach w Polsce, w tym w Krakowie. Idea organizatorów jest mi bardzo bliska, bo ja też wierzę w siłę małżeńskiej miłości. Wiem, że ślub jest szansą na rozwój, a nie końcem dobrego.

małżeństwo to szansa na rozwój

Słuchałam wczoraj jednym uchem audycji o tym, że jest kryzys małżeństw. Coraz mniej ludzi decyduje się na ślub i jest coraz więcej rozwodów. Te dane nie potwierdzają mojej teorii o tym, że małżeństwo to cudowna sprawa. Niektórym wydaje się, że wchodząc w prawdziwą relację muszą wyrzec się siebie, swojej wolności. Jesteśmy coraz bardziej samotni i zagubieni… jest to trudna sprawa i zmiany, które zachodzą na świecie pogłębiają ten stan.

Miłość to postawa do siebie, świata, drugiego człowieka i Boga. Można mieć wiele miłości w sobie nie będąc w związku, ale to trudne. Jednak znacznie bardziej skomplikowana i smutna jest sytuacja, gdy jesteśmy w nieodpowiedniej relacji. Wtedy jest najtrudniej o miłość, bo jak kochać świat, gdy ktoś niszczy naszą podstawę – miłość do siebie. Popatrzcie nawet miłość do dzieci jest utrudniona… bo jak mamy wychowywać, gdy sami się nie kochamy i siebie nawzajem. Znacie takich dorosłych (albo sami nimi jesteście), którzy nigdy nie wiedzieli przytulonych rodziców, nie czuli ich wzajemnego szacunku, zaufania, wychowali się bez poczucia bezpieczeństwa jakim jest stabilna rodzina. Dlatego w całych moich rozważaniach o małżeństwie założeniem będzie, że są to dobre i odpowiednio dobrane pary, taka sytuacja prawie idealna (bo nie ma idealnych małżeństw).

Z mojego doświadczenia (dobrego!) wiem, że poważny związek nie odbiera wolności. Jest szansą na rozwój. W takiej sytuacji miłość wzrasta.

Gdy jesteś sam to najczęściej szukasz miłości, partnera. Jeśli jesteś dojrzałym człowiekiem to wiesz, że najpierw trzeba pokochać siebie, aby móc wejść w dobry związek. Wiesz, że jesteś pełnowartościowym i niezależnym człowiekiem i nie szukasz potwierdzenia swojej „fajności” w innej osobie. To jest pierwszy krok w drodze do udanej relacji.

Rozwój w małżeństwie

Spotykasz tą jedyną osobę i wchodzisz w małżeństwo (to w wielkim skrócie). Jeśli to prawdziwa miłość, Twój wybór i wierność decyzji to z każdym dniem kochasz bardziej. Nie szukasz już miłości, bo ją masz i możesz się skupić na pracy nad nią i rozwojem. Małżeństwo nie zabiera niezależności, Twojej osobowości, wolności, ale daje szansę prawdziwego rozwoju bez tych wzlotów i upadków, kolejnych prób z Tindera, poszukiwań. Możesz się skupić na wzroście i jakości relacji, a nie szukaniu. Twoja miłość rozszerza się dalej, przekracza małżeństwo i możesz kochać swoje dzieci, swoich przyjaciół i świat. To najprostsza droga do prawdziwej miłości. Oczywiście w bardzo uproszczonym świecie…

Za tydzień Walentynki – zróbcie sobie prezent, bo jesteście pierwszą osobą, którą macie do kochania! A ja życzę Wam odwagi w wchodzeniu w tylko dobre relacje!

Z wyrazami miłości,

Justyna, która chyba przesadziła z tym coachingiem 😉 😛 albo za dużo gada z mężem, z którym czyta Covey…

miłość

Przepisów na dobre życie jest bardzo wiele, ale chyba nie ma jednego uniwersalnego i niezawodnego. Każde życie jest inne. Historia każdego człowieka jest niezwykła i unikatowa. Gdzieś w środku każdy z nas pragnie tego samego – miłości, akceptacji, szczęścia. Ludzie są różni i jednocześnie tak bardzo podobni. Moje życie wciąż się zmienia i zaczynam dostrzegać, rozumieć. Ostatnio myślałam, że już nic nie napiszę. Wszystko co miało wartość zostało napisane. W związku z nową pracą trochę przyśpieszyłam i zamknęłam wewnętrzne oczy. Powoli wracam do siebie i już wiem jak jest przepis na dobre życie. Nie wiem, ale mam pomysł 😉

Spójność wewnętrzna – życie w zgodzie ze sobą

Czasem zdarza mi się zrobić coś nieopłacalnego… Wiem, że lepiej byłby dla mnie czasem nagiąć rzeczywistość, ale nie umiem. Czasem łatwiej byłoby okłamać siebie samą i nie wstawać rano do dzieci, udać zmęczenie, chorobę, odłożyć ważne sprawy na inny czas. Wiem jednak, że to nie zadziała, bo przepisem na dobre życie jest spójność wewnętrzna. Odkryłam to całkiem niedawno i wyjaśniło mi to wiele spraw. Może łatwiej powiedzieć, że to życie w prawdzie, w zgodzie ze sobą. Twoje czyny powinny być odzwierciadleniem Twoich wartości, paradygmatów i celów. Myślę, że największym problemem są pomylone podstawy, ludzie wciąż się zastanawiają po co i dlaczego żyją. Jak można żyć w zgodzie ze swoją prawdą, skoro się jej nie zna albo po prostu się tego nie definiuje.

Oczywiście jest to trudne. Czasem (a może często) nie wychodzi.

Ja sama wciąż mam problem, żeby usiąść i spisać swoje życiowe zasady. Wiem, że to ważne. Gdzieś w sercu czuje jaką noszę ze sobą prawdę, ale spisanie jej ułatwiło by wiele spraw. Może powinno to być moje adwentowe zadanie.

Życie to prosta sztuka. Jego zasady nie muszą być skomplikowane, jeśli sami je ustalimy. Wiem, że łatwo mi pisać te słowa i czy ja w ogóle mam prawo do wyrażania takich tez. Moje życie zawsze było proste. Gdy było źle trzeba było działać i iść do przodu. Dostałam najlepszy start, jaki można dostać, czyli kochających się rodziców i dom, w którym była miłość. Oczywiście żadna rodzina nie jest idealna i w moim rodzinnym domu też znajdziesz błędy. Mimo pewnych trudności to z domu wyniosłam umiejętność wchodzenia w relację i miłosną postawę do świata. Zastanawiam się czy mogę pisać o sztuce życia, skoro to życie wychodzi mi dobrze. A może życie jest naprawdę proste?

Zostawiam Was z refleksją.

Postawą mojego życia na pewno jest rodzina 😉
miłość, wdzięczność

Mam wrażenie, że nie zdążyłam nacieszyć się latem i czasem w lesie. Tak bardzo szybko minął mi ten czas. Życie pędzi i nie wiem czyja to sprawka… pewnie tak już jest. Dobre lata lecą. To smutne chwile się dłużą – chociaż na nie mam swój sposób – po prostu wiem, że miną i patrzę do przodu.

W ostatnich latach nauczyłam się nie czekać i cieszyć każdą chwilą w każdym czasie. Polubiłam nawet szare jesienne dni, bo i one szybko przemijają. Przy przemeblowaniu pokoju w chacie odsłoniłam obrazek ze Św. Janem Pawłem II i napisem „Zatrzymaj się, to przemijanie ma sens” i się zadumałam. Właśnie ten lecący czas nauczył mnie radości z danej chwili. Uczę się doceniać deszczową pogodę, zimę. Cały czas nad tym pracuję, bo czasem jak zła pogoda zepsuje mi plany to się denerwuję, więc nie jestem w tym idealna (i pewnie nigdy nie będę). Są momenty, gdy się zatrzymuję i daję życiu przemijać tak po prostu. Nie robię wtedy wielkich rzeczy, ale patrzę na dzieci na placu zabaw, siedzę na przełęczy w słońcu, jadę na rowerze. Wpadam wtedy w melancholię i zastanawiam się, gdzie jest sens mojego życia… że może powinnam coś robić, a nie gapić się w liścia ;).

Miłość, której czas nie zatrzymał

Jutro mamy z Tomkiem 8 rocznicę ślubu. Trudno mi uwierzyć, że to już tyle czasu. Nie pamiętam też swojego życia przed Tomkiem. Wydaje mi się, że zawsze był. Podobnie z dziećmi. Już się przyzwyczaiłam do swojego męża, jest moim najlepszym kumplem… ale wiem też, że to miłość. Czasem na niego patrzę i nie jest już moim „psiapsiłem” tylko mężczyzną, którym się zachwycam i serce bije mi szybciej. Mogę z nim przejść 30 km w Beskidzie Sądeckim, siedzieć na placu zabawa i pilnować dzieci, pić wódkę i iść tańczyć. Dobrze mi! Mogę też się z nim czasem pokłócić (albo nie mogę: to ja się kłócę, a on nie), zirytować na niego. To normalne życie, bez wazeliny. Niech to życie trwa i przemija!

Dziękuję Tomkowi za to, że jest! Życzę nam, aby ten nasz czas mijał w swoim tempie i nadawał miłości jeszcze większy sens i żar ❤❤❤❤❤❤❤❤

czas miłości

ludzie, miłość, wdzięczność

Chata to takie miejsce, które sprzyja spotkaniom… takim prawdziwym i bliskim, nawet jeśli znasz kogoś od kilku godzin. Zadaję sobie pytanie czy to kwestia miejsca i sytuacji, czy ludzi… bo ja lubię ludzi i rozmowy, a i tu trafiają specyficzne osoby. Myślę, że są to ludzie odważni, często poszukujący i pasujący do natury, gór, Pałoszówki i do mnie. Opowiadacie mi wiele rzeczy, a ja potem myślę o Was. Nie dzwonię, nie piszę na FB, czasem długo się nie odzywam, ale jestem gdzieś na polanie, w drewnianej chacie, a jesienią i zimą ugoszczę w mieście. Czasem czekam na telefon i jakiś znak od Ciebie. Dobrze jest mieć mnie w lesie, a czasem w innym miejscu. Może najlepsze rzeczy dzieją się spontanicznie i przez przypadek?

zaduma nad pięknem świata
Iskra życia

Chciałam Wam napisać o tym, że w dzisiejszym świecie wmawia nam się, że mamy być niewidomo jacy, wielcy, niepowtarzalni i wyraziści. Czasem szukamy tego szczęścia bardzo długo i idąc krętą drogą nigdy go nie znajdujemy. Nie spełniamy się, bo jesteśmy zwyczajni. Człowiek jest piękny sam w sobie. Może pod jednym warunkiem, że jest dobry… ale ja nie poznałam jeszcze złego człowieka. Czasem zdarza się, że ktoś zrobi coś złego, nawet bardzo, ale to czyny są złe, a nie ludzie i często wynikają z bardzo skomplikowanych zawiłości życia, których osoby z zewnątrz nie są w stanie zrozumieć…

Zaduma nad pustką

Czujemy pustkę… czasem ta pustka jest ogromna. Jest to wielka dziura naszych niezdobytych awansów, nieodbytych podróży, niespełnionych i wyidealizowanych miłości, pięknych i sztucznych zdjęć z Internetu, nierzuconych kilogramów, zbyt dużych oczekiwań i aspiracji. A czasem wystarczy po prostu być i akceptować i dziękować za życie takie jakie jest. Wtedy pustka jest mała. Ona zawsze będzie. Trzeba się z nią zaprzyjaźnić. Gdy zaakceptujemy tą otchłań naszego serca okaże się, że obok jest skarb – iskra naszego życia. Jest to właśnie to czego tak intensywnie szukamy – szczęście. Takie szczęście, które nie jest wynikiem kolejnego tysiąca na koncie, większego mieszkania, lepszego auta, ale ono tam jest bez względu na wszystko. Jest to zwykła radość życia – szum drzew, promienie słońca na twarzy, uśmiech drugiego człowieka, wieczorna zaduma w lesie.

zaduma, promienie słońca, ręce

Idę na taras patrzeć w nocne niebo i cieszyć się swoją pustką i skarbem, który jest zaraz przy niej… Życzę Wam tego samego! Nie szukajcie za daleko. Czekam na Ciebie!

spacer, zaduma
Do zobaczenia!
miłość, wdzięczność

Na co patrzysz? I nie chodzi mi o to co teraz widzisz… Na co patrzysz sercem?

Gdy wczoraj ktoś zadał mi to pytanie przypomniałam sobie sytuację, która najlepiej to obrazuje. Hania jest w domu kilka dni po dwumiesięcznym pobycie w szpitalu. Jest mi ciężko naprawdę. Gdy wychodziliśmy z Oddziału Intensywnej Terapii Noworodków byłam pełna nadziei i siły. Wystarczyła jedna rozmowa (z lekarzem z domowego hospicjum, który zupełnie odbierał jakikolwiek optymizm) i kilka dni, aby mnie załamać. Dużo płakałam. Cała energia, pozytywne myślenie gdzieś się ulotniło. Przyszła mi do głowy myśl, żeby gdzieś uciec. Wtedy popatrzyłam na Tomka, który trzymał na ręce swoją córkę i czule do niej mówił. Popatrzyłam na mojego męża, który kochał tą małą istotkę, mimo jej niedoskonałości, mimo diagnozy i niepewności, która nas czekała. Popatrzyłam na jego miłość i akceptację i moje serce się zmieniło. To był moment, w którym wstałam i już zawsze trzymałam się tego obrazu.

Gdy patrzysz na miłość, Twoje serca zamienia się w miłość.

Czasem nie możemy się przemienić, bo widzimy złe rzeczy. Czasem potrzebna jest wymiana okularów – znajomych, środowiska. Zawsze dziękowałam Bogu, że urodziłam się w miarę normalnej rodzinie. Dziękuję, że nie jestem córką ludzi władzy, bogaczy z pierwszych miejsc magazynu Forbes. Oni patrzą na pieniądze. Czasem myślę, że jako polityk mogłabym coś zrobić i byłabym inna od tych skorumpowanych oszustów w rządzie. To nieprawda. Gdym patrzyła na drogie ubrania, szybkie samochody, wille to też bym chciała je mieć. Bogatym na prawdę jest trudno spuść oko z ich bogactwa, przecież mogą je stracić i trzeba go ciągle pilnować. Takie serce robi się coraz bardzie chciwe. Oczywiście to stereotyp. Pewnie dlatego, że ludzie majętni i naprawdę bogaci, którzy mają też szczęście, miłość, potrafią się dzielić, nie obnoszą się z tym i o nich nie słyszymy. Pokazują nam tylko tych gorszych, których pieniądz zaślepił. To też zły obraz.

Zawsze staram się patrzeć ze wdzięcznością na to co mam. To sprawia, że widzę jak wiele posiadam. Pisałam już o tym, wiec odsyłam Was po receptę na szczęście.

Na co patrzysz? czyli okazja czyni złodzieja

Ktoś mi kiedyś powiedział, ze jego sposobem na wierność jest nie dawanie sobie okazji. Gdy Twoje serce ogląda inne kobiety/innych mężczyzny, może zamienić się w kłamstwo. Czasem to działa jeszcze inaczej. Znam przypadek dwóch znajomych z pracy. Jedna się rozwiodła i tak długo o tym mówiła i pokazywała same wady swojego byłego męża, ze druga zaczęła je zauważać w swoim jeszcze mężu. Finał historii znacie.

Patrz na dobro

Łatwiej znaleźć zło we wszechświecie. To o nim mówią dziennikarze, bo dobrze się sprzedaje. Trzeba wyłączyć telewizor, radio, FB i popatrzeć gdzieś indziej. Poszukać tych przyjaciół, którzy dobrze mówią, uśmiechają się. Dobra jest zdecydowanie więcej w świecie. Czasem, gdy jadę samochodem, ogrania mnie strach i zaczynam rozmyślać o wypadkach. Jestem wciąż uczącym się kierowcą. Wtedy staram się swoje myśli uspokoić i mówię sobie, że nikt nie podaje ile wypadków się nie wydarzyło i ile kilometrów zostało przejechanych bezpiecznie.

Naprawdę zdecydowana większość ludzi jest dobra. W swoim życiu spotykam wspaniałe osoby. Wiem, że trzeba mieć z tyły głowy, że ktoś może mieć złe zamiary. Niestety jedno spotkanie z nieodpowiednim człowiekiem może mieć fatalne skutki. Ja jednak mam Ochroniarza, który zawsze stoi obok mnie. Jest to mój Anioł Stróż. Będę się trzymać tego, że trzeba ufać innym.

Patrz! Niedługi będzie wiosna! Witam w dniu 1 marca ❤❤❤

Patrz na las, naturę, a Twoje serce zmieni się w spokój, relaks. Patrz na budzącą się do życia naturę, a Twoje serce obudzi się do działania i radości życia.

No co patrzysz? Patrz w niebo

miłość

Ostatnio usłyszałam w radiu, że kobietom luty kojarzy się z miłością. To dobrze, bo jest to dla mnie smutny miesiąc. Pewnie wszystkie kolorowe serduszka, miłosne piosenki sprawiają, że zwykły szary luty robi się cieplejszy. Ja też co roku w tym czasie lubię coś napisać o miłości. To chyba ogólnie mój ulubiony temat. Dobrze, że jest luty, bo inaczej ciągle bym pisała „miłość, miłość”, a może jednak to robię? Wciąż pytam siebie czym jest ta tajemnica i wciąż odkrywam nowe odpowiedzi.

Właśnie skończyłam rozdział o miłości w najlepszej książce jaką czytałam do tej pory. Myślę, że jest to rzecz, która zmienia życie. Dziękuję Gosi za to, że ją mi zostawiła i losowi, że ja w końcu trochę od niechcenia po nią sięgnąłem. Zaczęłam czytać i otworzyłam oczy ze zdziwienia, bo ta książka to odpowiedz, a może inaczej jedna z odpowiedzi. Przeczytajcie „Droga rzadziej przemierzana” M. Scott Peck. To co zaraz napisze będzie inspirowane tą pozycją, ale będą to moje interpretacje i moje odpowiedzi.

Miłość to postawa

Być może tak naprawdę nie ma definicji miłości, są tylko próby definiowania największej tajemnicy na świecie. Wiele razy podejmowałam to zadanie. Dziś zrobię to po raz kolejny. Myślę, że w wyżej wspomnianej książce miłość jest bardzo dobrze i trafnie opisana. Trochę wydaje mi się, że po tej lekturze ja już nie mam nic do powiedzenia. Po prostu ubiorę to w swoje słowa, a Wy koniecznie przeczytajcie książkę.

Gdzieś zawsze czułam, że miłość to nie jest zakochanie, zgranie małżonków, wielkie love zamknięte w walentynkowym serduszku. Coś mi mówiło, że jest to coś więcej. Miłość to postawa do siebie, świata, Boga. Ludzie, którzy zgłębiają prawdziwą miłość to osoby, które po prostu kochają siebie i otoczenie i to czuć, bo bije od nich ciepło, zrozumienie – mają czas dla innych i słuchają. Myślę, że takim człowiekiem był Pan Józef. Są w ciągłym rozwoju i pną się do celu, którym jest zbawienie. Miłość nigdy nie stoi w miejscu. Oczywiście kochający człowiek będzie miał chwile słabości, zwątpienia, ale to go nie zatrzyma i nie złamie. Autor „Drogi rzadziej przemierzanej” miłość rozumie w ten sposób: „jest to wola rozszerzenia własnego „ja” w celu pielęgnowania własnego lub cudzego rozwoju duchowego”. Jest to bardzo trafna definicja. Oczywiście kochający człowiek nie myśli cały czas o rozwoju, wiele spraw przychodzi naturalnie. Nad wieloma rzeczami należy popracować, ale to też często jest zgodne z naturą. Dla kochającego człowieka praca nad sobą i nad miłością jest swobodna i nie zastawana się nad tym każdego dnia.

Jak to zmienia moje życie?

Po pierwsze uświadomiłam sobie, że to, że musiałam popracować nad miłością do mojego pierwszego dziecka nie było brakiem miłości. To była konsekwencja bardzo trudnych początków. Nie było zakochania (czego często doświadczają matki po porodzie), ale była decyzja i wola miłości i może to czyni ją nawet piękniejszą. To ściąga ze mnie pewnie ciężar i nakłada nową odpowiedzialność płynącą prosto z mojej woli.

Po przeczytani książki bardziej mi się chce! Przeczytałam, że zdarza nam się nie rozwiązywać problemów, bo nie chcemy im poświęcać czasu. To wzięłam sobie do serca i postanowiłam już naprawdę codziennie uczyć się z Hanią. Jej problemy z mową można rozwiązać, ale potrzeba czasu. To miłość daje nam siłę do dyscyplinowania się. Dyscyplina to temat pierwszego rozdziału w książce, do której odsyłam. Moim celem nie jest napisanie drugiej książki, więc kończę na dziś. Chociaż jeszcze wiele mam do napisania, ale to już 558 słów!

PS: Miłość po owocach poznacie, dlatego ja postanowiłam codziennie pracować z Hanią. Jest to dla mnie trudne i wymaga dużej dyscypliny. Może o to chodzi w miłości – o efekty. Moje dobre życie jest efektem miłości moich rodziców. O tym też jest dużo w tej książce, wiec polecam wszystkim rodzicom i tym, którzy czują się przez nich skrzywdzeni.

miłość, dzieci, pies
chata, maj 2020, foto: Grzegorz Szarek
miłość

Wczoraj skończył się sezon serialu „Rodzina jest super”. Myślę, że warto go tu zareklamować i zachęcić Was do obejrzenia. Ja czekałam na każdy odcinek i wiele razy się popłakałam ze wzruszenia. Program też dał mi do myślenia i zachęcił do pracy nad swoją rodziną, którą uważam za super! Jednak są u nas jeszcze przestrzenie do doskonalenia i pewnie zawsze tak będzie, bo nikt nie jest doskonały.

rodzina jest super
Rodzina jest super

Rodzina jest super – zwykły serial o zwykłych ludziach

Mogłoby się wydawać, że ten serial będzie nudny. W Internecie szukamy treści niezwykłych, niecodziennych. Może jednak jesteśmy już zmęczeni cukierkowością, idealnością, wybitnością, która nas atakuje. Wszyscy chcemy być nietypowi i fenomenalni, a jesteśmy po prostu banalni. Nie ma w tym nic złego, zwykle życie jest wystarczające i piękne. To pokazał ten serial.

Cieszę się, że w czasach gdy walczy się z rodziną, odpowiedzialnością, ktoś pokazał, ze rodziny w Polsce mają się dobrze i że jest to ogromna wartość. Kobiety, które były bohaterkami tego serialu pokazały mi, że bycie mamą jest najlepszą karierą. Pomogło mi to w moich osobistych zmaganiach z niedowartościowaniem. Nie muszę brać udziału w pogoni za pieniądzem, awansem w pracy. Może w życiu chodzi o coś innego.

Cieszę się, że serial pokazał, że najważniejsza jest relacja między żoną, a mężem. Fundamentem rodziny jest miłość małżeńska i to było widać w każdym odcinku. W 9 odcinku Moniak i Łukasz powiedzieli, że najlepsze co można dać dzieciom to miłość między rodzicami i na drugim miejscu rodzeństwo (daleko na trzecim miejscu dobra materialne). To tak bardzo mi się spodobało. Widzę po Hance ile dało jej pojawienie się brata. To on nauczył ją ważnej rzeczy, którą odebrała jej choroba i pierwsze miesiące w szpitalu. Hania nie lubiła się przytulać, bała się bliskości. Próbowaliśmy to zmienić. Jednak dopiero Ignacy pokazał jej jak to działa i w końcu Hania chce się przytulać. Rodzina jest super!

Czego mi brakowało?

Jest rzecz, której mi brakowało w serialu i zupełnie rozumiem dlaczego tego nie było. Myślę, że celem serialu było pokazanie, że rodzina jest super i że duża liczba dzieci jest super. Pominięto rodziny, które składają się z samych małżonków czy 2+1. Nie znamy historii ludzi i nie wiemy, że matka jednego dziecka płacze w kącie, gdy pytają ją kiedy następne. Są też super małżeństwa bezdzietne. Chciałabym, aby to też pokazano. Chciałabym, aby ktoś wyszedł ze stereotypu, że ktoś ma jedno dziecko, bo jest egoistą albo małżeństwo nie decyduje się na dzieci, bo jest wygodne. To czasem też prawda, ale myślę, że częściej powody są zupełnie inne. Takie rodziny też są pełnowartościowe i są super!

Dziękuję Panu Krzysztofowi za ten serial! Dobra i piękna robota! Was zachęcam do wsparcia drugiego sezonu na portalu zrzutka. Warto wesprzeć wartościowe rzeczy!

PS: Może nas zgłoszę do następnego sezonu 🙂 😀

miłość, wdzięczność

Ostatnie moje poczynania na blogu pokazały mi, że najlepiej będzie jak wrócę do swojego ulubionego tematu, który wychodzi mi najlepiej! Jest to najważniejsza sprawa na świecie – miłość! Postanowiłam o niej znów napisać, bo w moje ręce, dzięki mojemu mężowi, trafiła doskonała książka – „5 języków miłości” Gary’ego Chapmana. Lektura zajęła mi dwa dni i ułożyła w głowie sprawy, o których już wiedziałam. Chętnie podzielę się z Wami najważniejszymi zagadnieniami poruszonymi przez Chapmana (jest on amerykańskim psychoterapeutą). Języki miłości to jest coś co trzeba znać, bo układa nam to relację w związku, relacje z innymi ludźmi i samym sobą.

Miłość to decyzja

Często o tym mówię i piszę, że miłość to wybór. Zakochanie to uczucie, które przychodzi niezależnie od nas. Prawdziwa miłość jest kwestią woli. Każdego dnia podejmujesz decyzję, ze będziesz kogoś kochać. Prawdziwa miłość to cudowna praca i wierność wyborowi, którego się dokonało ślubując miłość drugiej osobie.

języki miłości

Języki miłości

Miłość posługuje się różnymi językami. Nieporozumienia w małżeństwie wynikają zwykle z tego, że kończy się zakochanie, a małżonkowie nie nauczyli się swoich języków miłości. Gary Chapman wyróżnia 5 języków: „wyrażenia afirmatywne, dobry czas, przyjmowanie podarunków, drobne przysługi i dotyk”. Nie będę Wam opisywała poszczególnych języków, odsyłam do książki – naprawdę watro.

Nasza tajemnica

Tajemnicą naszego udanego związku (już nie będzie to tajemnica) jest to, że ja i Tomek mówimy tym samym językiem. Chapman zaznacza, że zdarza się to bardzo rzadko. Myślę, że nam przez to było łatwiej i dlatego tak szybko nam poszło – nie musieliśmy się uczyć swoich języków.

języki miłości - dobry czas nasz język miłości

Nasz język miłości

Nasz język miłości to dobry czas. Okazujemy sobie miłość przez dobrze spędzony razem czas i dobre rozmowy. Często wieczorem, gdy już dzieci śpią i komputery są wyłączone, my rozmawiamy na różne tematy. Uwielbiamy też aktywnie weekendy i dbamy o to, aby w naszym życiu się działo. To tłumaczy stan naszej chaty. Zamiast kosić trawę, remontować, my wolimy chodzić na spacery i patrzeć w słońce. Gdyby któreś z nas mówiło językiem drobnych przysług, chata na pewno dziś wyglądałaby inaczej… a nie, że wciąż od wiosny tego roku, kran w kuchni jest nie naprawiony. Ciągle są ważniejsze sprawy np. spacer na zachód słońca na polanę i kran nie jest priorytetem, bo przecież zimna woda się z niego leje, a ciepłą można zagrzać na piecu.

To też tłumaczy moje uczucia, gdy daje dzieciom wolny czas i nie organizuję im atrakcji. Wiem, że potrzebują czasem się zatrzymać i pobyć w domu, ponudzić się, pobawić same. Jednak ja czuje się wtedy jakbym nie okazywała im miłości. Na szczęście są też inne języki miłości, którymi warto czasem mówić. Musze się też nauczyć ich języka miłości. Może to wcale nie jest dobry czas. Dlatego warto w stosunku do dzieci używać każdego języka miłości, żeby widziało, który wybierze w dorosłym życiu jako swój wiodący.

Kompletnie nie przywiązujemy wagi do prezentów. Tu w teście na końcu książki wyszło nam najmniej punktów. Może to trochę dziwne, bo zajmuje się trochę tematyką prezentów i pisze o tym drugiego bloga – Podaruj dobry prezent. Jednak jak się w niego wczytacie, odkryjecie, że za najlepszy prezent dla drugiej osoby uważam dobrze spędzony czas. W samych prezentach najbardziej podoba mi się ich tworzenie (i znowu mamy dobrze spędzony czas na kreatywnym działaniu). Moja rodzina, przyjaciele wiedzą, że ode mnie dostaje się zrobione przeze mnie mydełka glicerynowe, czy musujące kule do kąpiel. Nie chodzi o sam prezent, ale o czas, który poświęciłam na jego zrobienie i to jest wyraz mojej miłości. Z siostrą też na urodziny wybieram się w góry czy na rower. Jej językiem miłości prawdopodobnie też jest dobry czas.

Języki miłości w relacjach z ludźmi

Językiem miłości, którym zwracamy się do małżonka, mówimy też do innych ludzi. U mnie to doskonale widać. Uwielbiam spędzać z Wami czas. Dlatego nie interesują mnie mówione szkolenia, wolę działać, tworzyć. Jeśli nie przyniosę Wam prezentu, nie zrobię dla Was drobnej przysługi to nie znaczy, że nie jesteście dla mnie ważni. Wolę Was zabrać na spacer i spędzić z Wami czas. Tak wyrażam miłość do świata i nawet do siebie. Wolę zamiast kupowania sobie sukienki (to też czasem mi się zdarza) pojechać na wycieczkę rowerową. Uważam, ze najlepsze co mogę sobie dać to odrobinę czasu na tworzenie, czy aktywność fizyczną. Dlatego tak lubię robić prezenty samodzielnie 🙂 – odpoczywam wtedy i wyrażam miłość do samej siebie. Tu wszystko pięknie się układa. Przemyślenia po książce pokazały mi, że żyję w dobrym w związku, mam dobre rację z innymi ludźmi i kocham samą siebie. Powiem do samej siebie: tak trzymaj!

A Ty jakim językiem miłości mówisz?

Chętnie z Wami o tym porozmawiam 🙂 i gorąco polecam książkę. Mogę pożyczyć po tym jak przeczyta ją mój mąż i siostra.

miłość

Miałam milczeć… ale skoro kobiety zabierają głos to ja też opowiem Wam historię. Jest mi smutno. Chyba muszę Wam wyjaśnić dlaczego nie walczę. Zawsze chciałam być na pierwszej linii frontu.

Krótka historia jakich wiele.

Dwoje ludzi zakochuje się, biorą ślub. Pojawiają się dwie kreski. Może trochę z zaskoczenia, bo chcieli się jeszcze sobą nacieszyć. Tak już z tą miłością jest, że rodzi się z niej coś więcej, ktoś więcej…

Kolejna wizyta u lekarza i mamy wyrok. Wasze dziecko nigdy nie będzie chodzić, prawdopodobnie będzie upośledzone umysłowo, nigdy nie usłyszycie jego śmiechu i nie powie mamo, tato. Tego nie da się leczyć, trzeba się pozbyć. Będziecie tylko cierpieć i patrzeć na cierpienie Waszego dziecka.

Na szczęście to nigdy się nie wydarzyło. Nie było tej rozmowy. Wyrok zapadł po urodzeniu. Nikt nie dał rodzicom wyboru, bo ktoś nie dopatrzył się poważnej wady neurologicznej.

Dziś dziecko z tej historii jeździ na rowerze, śpiewa. Dziecko z tej historii to moja córka. Jej choroba nauczyła mnie bardzo wiele i sprawiła, że jestem lepszym człowiekiem. Umiem walczyć, jestem odważna, mocna i znam sens życia.

Zawsze myślałam, że kompromis aborcyjny jest dobry, bo nie wolno nikogo zmuszać, trzeba dać wybór. Dziś myślę o tych wszystkich nienarodzonych Hankach, bo ktoś się pomylił w diagnozie albo się nie pomylił, ale mózg może wiele.

… bo ktoś powiedział rodzicom, że są za słabi i sobie nie poradzą.

Kompromis aborcyjny jest tylko kompromisem. Ma wady. Może gdyby popracować nad lepsza pomocą dla rodziców dzieci chorych, dać im możliwość samorozwoju, pracy, stworzyć warunki i wtedy dać wybór, kobiety wybierałyby inaczej… A może gdyby stworzyć odpowiedni system można by go zaostrzyć, nie teraz… teraz to tylko przykrywka dla innych spraw i cel jest inny.

Zastanów się o co walczysz…

Patrzę na te gniewne kobiety, które tak smutno wyglądają… i sprawdzam o co walczą. Może mają rację. Trzeba protestować jeśli każe nam się rodzić martwe dziecko i traktuje jak inkubator… Czytam te straszne historie i oglądam zdjęcia zdeformowanych płodów. Mają rację. To jedna strona medalu, drugą opisałam Wam wyżej (można ją rozwiązać inaczej niż zakazem: lepsze i bezpłatne badania prenatalne, inna rozmowa z rodzicami itd…). Wchodzę na oficjalną stronę Strajku Kobiet i czytam postulaty. Nie napiszę wulgarnie. Czuję się kobietą i mam wybór i nie wypada mi brzydko mówić. One walczą o „dostęp do bezpiecznego przerywania ciąży”. Tam nie ma ani słowa o tym, żeby usuwać ciążę w jakimś wypadku…. One walczą o aborcję w każdym przypadku. Przecież zawsze mają wybór… seks jest wyborem każdej z nas (pomijam gwałty).

Jeśli miałabym stanąć po jakiejś skrajnej stronie w tej sprawie to jestem za życiem! Zawsze będę za życiem!

Mam prawo do wyrażania swojego zdania. Nie narzucam Wam mojego zdania, chciałam je tylko wyrazić. Z szacunkiem myślę o kobietach, które musiały wybrać. Modle się ze te kobiety, które dokonały aborcji i nigdy ich nie potępiałam. To jest historia każdej z nich i cierpienie każdej z nich. Nie znam ich życia i nie jestem na ich miejscu i nie wolno mi ich oceniać, a tym bardziej odbierać wyboru.

ludzie, miłość

Mamy z Tomkiem zupełnie zwykłe życie. Gdyby nas zaprosić na jakiś festiwal, prelekcję nasza opowieść byłby nudna. Jesteśmy nieskomplikowani i prości.

zwykłe życie

Po wielu rozmowach, godzinach spędzonych z różnymi ludźmi (często zdecydowanie ciekawszymi od nas) myślę, że dziś poszukuje się tej normalności i braku złożoności. Jednak niewielu wie, że tego szuka. Z każdej strony atakują nas, że zwykłe życie jest dla nudziarzy, szaraków…. Wmawiają nam, że tylko poznając dalekie zakątki świata będziemy mądrzejsi, bardziej tolerancyjni, otwarci i lepsi. Uprawiając nietypowe sporty będziemy ciekawsi. Musimy czytać książki o samorozwoju, oglądać mądre filmy i mieć nietypowe hobby. Niezwykła praca np. wymyślanie niesamowitych gier komputerowych, strategii jak sprzedać kolejny produkt da nam poczucie sensu i będziemy coś warci (chociażby tyle co nasza wypłata). Zarobione pieniądze pozwolą nam pokazać się. Wiem, co piszę. Zdarza mi się popaść w gorszy humor jak myślę, o tym, że „tylko” wychowuje dzieci i czasem jestem gospodynią w chacie w górach. Powinnam mieć ciekawsze życie, zarabiać pieniądze i mieć pracę, którą mogę się chwalić…. a może nie? Może kształtowanie młodego człowieka, bycie dobrą żoną i bycie dla ludzi ma większy sens.

niezwykłe życie

Mam kumpla z lat szkolnych, który ma niezwykłe życie. Jest podróżnikiem. Kiedyś bardzo się lubiliśmy. Dziś nie jestem w kręgu jego zainteresowań. Dziś myślę o nim ze smutkiem i gdzieś coś we mnie mówi, że nie żyje on swoim wymarzonym życiem.

Można znać ludzi z całego świata. Mieć znajomych w wielu krajach. Ciągle spotykać nowe osoby, ale tak naprawdę nie znać nikogo. Można zadzwonić do ludzi z Meksyku i mieć gdzie spać i z kim się bawić, ale tak naprawdę nie stworzyć głębszej relacji. Można wieczorem kłaść się do łóżka i płakać z samotności. Mimo tego, że zna się ludzi z każdej strefy czasowej.

Spotkanie z drugim człowiekiem to najwyższa wartość. Jednak może nie liczy się egzotyczność tego wydarzenia, ale jego jakość i głębia. Czasem rozmowa na tarasie w Pałószówce będzie ważniejsza niż spotkanie z tubylcem w Amazonii.

Można mieć wiele domów na każdym kontynencie, ale być bezdomnym.

Można żyć wymarzonym życiem, o którym pisze się książki, opowiada na prelekcjach, tworzy się filmy, ale być nieszczęśliwym. Bo wciąż wmawiają nam, że zwykle życie jest do bani i nie wypada nam być szczęśliwym nudziarzem z jedną żoną i jednym domem, do którego się wraca. Wciąż uciekamy przez rutyną dnia codziennego (to też jest wyzwanie) i szukamy wrażeń. W tym samym czasie nasze szczęście leży gdzieś pod wycieraczką w małym miasteczku w Polsce.

zwykłe życie jest wystarczające

Okazuje się, że zwykłe życie wystarczy, aby być spełnionym i szczęśliwy. Moim marzeniem jest, że kiedyś w mojej chacie będę mogła wciągać nosem zapach świeżej pościeli, gdy będę Wam ścielić łóżko. Chce gotować, haftować, malować, uprawiać warzywa, doić kozę, dzielić się zwykłością swojego dnia z innymi i po prostu żyć.

Czuję też, że mam to co jest w życiu najważniejsze: miłość małżeńską, rodzinną i miłość do świata, ludzi. Każdy mądry Wam powie, że w naszych podróżach: tych stacjonarnych – życiowych i dalekich (egzotycznych wyprawach) najważniejszy jest człowiek. Nie trzeba prowadzić niezwykłego życia, aby poznać sens naszego pobytu na Ziemi.