miłość

Mam taki swój ulubiony cytat o marzeniach:

„Mam całe stosy marzeń (…) To jest kwestia statystyki – jak Pan ma jedno marzenie, to jest spora szansa, że się nie spełni, ale jak Pan ma ich tysiące, to co chwila spełnia się któreś z nich. Właśnie na tej zasadzie mi się wciąż udaje realizować marzenia – stosuję teorię wielkich liczb i odrobinę wiedzy na temat statystyki.”
Wojciech Cejrowski

Staram się kierować tą prostą myślą… Jest w niej ukryta pewna prawda – żeby mieć dużo marzeń to muszą to być dość zwykle marzenia (Cejrowskiemu pewnie nie o to chodziło, bo on akurat robi wielkie rzeczy, ale w zwykłych czasem mu trochę nie wychodzi) i trochę tych niezwykłych również. A może inaczej, że trzeba doceniać zwykłe rzeczy i czasem naprawdę codzienne sprawy mogą być zrealizowanymi marzeniami.

Kiedyś wydawało mi się sprawą oczywistą, że będę miała męża, dwójkę dzieci i pracę, którą lubię. Każde dziecko tak myśli, że jako dorosły człowiek będzie herosem albo sławną osobą, a już na pewno, że będzie szczęśliwym człowiekiem. Potem z biegiem lat to się zmienia. Okazuje się, że nie jest to takie proste, że trzeba walczyć o swoje szczęście. Rzeczy, które kiedyś wydawały nam się naturalnym biegiem życia tak naprawdę nie są takie oczywiste.

MAŁŻEŃSTWO

Będę się powtarzać: mój Tomasz to mój osobisty cud! To nie jest tak, że się to stało i jest to normalna sprawa. To cud, że się wydarzyło w danym momencie życia, że się spotkaliśmy w tłumie i zauważyliśmy, że to prawdziwa miłość.

RODZINA 2+2

Zawsze marzyłam o przynajmniej dwójce pięknych dzieci. Wydawało mi się sprawą oczywistą, że dzieci rodzą się śliczniutkie, malutkie, pachnące i zdrowe. Hania zweryfikowała to myślenie. Z porodówki wróciliśmy do domu z pustym łóżeczkiem.  Ostatnio często wracał do mnie ten czas. Hania nauczyła mnie, że trzeba doceniać to co się ma. To nie jest oczywiste, że po porodzie słyszysz pierwszy krzyk dziecka i dostajesz bobasa do rąk. Hania nauczyła mnie, że wszystko jest możliwe… że wiara czyni cuda – to mój kolejny cud i zrealizowane marzenie! Było bardzo ciężko, ale wyszliśmy na prostą.

Znając naszą historię zrozumiecie, że gdy 6 czerwca o 23.20 na świecie pojawił się Ignaś – zdrowy, śliczny, malusi (ale przerósł nas wszystkich w swojej wadze urodzeniowej 3050 g), ja nie mogłam przestać się uśmiechać. To nie jest oczywiste, że rodzą się zdrowe dzieci… to jest cud. Dobrze, że jest to codzienny cud… Jak wiejski, pachnący chleb powszedni, który nigdy się nie nudzi. Jest codziennie, ale należy za niego dziękować i odnosić się z szacunkiem. Czasem go nie ma, a wtedy oznacza to wojnę albo inną klęskę żywiołową.

JESTEM SZCZĘŚLIWA Jestem tak bardzo szczęśliwa w tej nowej codzienności. Każdy dzień to moje zrealizowane marzenie. W końcu mogę poczuć jak to jest opiekować się maleństwem, mieć normalnie nieprzespane noce bez strachu o każdy oddech dziecka, karmić piersią. I pisząc ten post piję ciepłą herbatę!!! Myślę, że przeżywam to szczególnie, bo mam już dwójkę dzieci, ale nigdy nie miałam bobasa przy piesi i takiego mojego maluszka w ramionach. Hanka nauczyła mnie, że nie zawsze jest normalnie i teraz doceniam to jeszcze bardziej. A ona tak pięknie zareagowała na braciszka i jest taka duża i śliczna. Hanka to moja najpiękniejsza życiowa lekcja, która nauczyła mnie bycia szczęśliwą.

Dumna siostra 🙂

miłość

Jest taka chwila w ciągu dnia, która daje nam odpowiedzi, sprawdza czy jesteśmy szczęśliwi i weryfikuje nasze życie.  Jest to wieczór, moment gdy kładziemy głowę na miękką poduszkę i jeszcze chwilę nie śpimy. Do głowy przychodzą podsumowania, plany na następny dzień i marzenia. Z perspektywy czasu widzę jak w moim życiu zmieniała się ta ważna chwila.

Gdy dzień przechodzi w noc…

Kiedyś…

Gdy byłam nastolatką był to czas marzeń. Snułam wizje idealnej miłości i gdy miałam szczęście udawało mi się tak zaprogramować sen. Wspominam swoje nastoletnie życie jako dobre, ale i bardzo burzliwe. Miotałam się między przedsennymi wyobrażeniami, a rzeczywistością, czasem dość szarą i smutną. W tym czasie przeżywałam pierwszą wielką miłość i pierwsze jeszcze większe rozczarowanie.

Potem zawsze gdy kładłam się do łóżka z żalem stwierdzałam, że jest coś nie tak jak powinno. Dni mijały wypełnione pracą, ludźmi i samorealizacją, a wieczorem okazywało się, że czegoś brakuje. Dobrze wiecie czego… ciepła drugiego ciała i spokojnego oddechu ukochanej osoby.

Wieczór teraz

Teraz często moje dni nie są tak intensywne jak kiedyś, nie ma w nich tylu ludzi i są dużo bardziej spokojne. Za to wieczór jest idealny. Uwielbiam ten moment dnia, kiedy mogę przytulić się do ukochanego człowieka. Czasem rozmawiamy, a czasem milczymy. A ja w tym czasie w głowie dziękuję i wyliczam sobie ile dobra mam w swoim życiu. Snuje plan na następny dzień i modle się z wdzięcznością. Wiem, że jestem w odpowiednim miejscu. Teraz wieczór nie jest dla mnie czasem marzeń czy użalania się nad sobą, ale czasem dziękowania i realnych planów na przyszłość. Oczywiście i mi zdarzają się gorsze wieczorne godziny, gdy zaczynam wątpić czy się bać… ale nad swoimi wieczorami trzeba pracować jak nad całym swoim życiem.

Jeśli kładziesz się ze smutkiem do łóżka to może watro to przemyśleć. Gdy byłam nastolatką radzono mi, abym napisała na lustrze, że jestem piękna i szczęśliwa, abym z tymi słowami wstawała rano. Teraz już wiem, że nie tędy droga. Rób to wieczorem przed spaniem. A właściwie nie to. Wyliczaj sobie ile dobrych i realnych rzeczy jest w Twoim życiu i dziękuj. Może gdy zmieniają się wieczory to zmienia się życie.

Niektórzy ludzie boją się konfrontacji z tym wieczornym czasem i siedzą przed komputerem, książką póki nie zasną albo imprezują co wieczór. To chyba też nie jest dobra ścieżka. Czasem warto przyjrzeć się sobie.

O dziwo w chacie miewam gorsze wieczory. Powodem tego stanu jest na pewno brak porządnego łóżka… (chyba się starzeje hehe!!!) i cisza, do której nie jestem przyzwyczajona i nadsłuchuję odgłosów lasu. Wieczór weryfikuje moje próby górskiego życia i okazuje się, że jest jeszcze we mnie wiele strachu. Muszę nad tym popracować!

Chata w nocy… (fot. G. Szarek)
ludzie, miłość

Kolejny już wpis urodzinowy – trzeci na blogu… oznacza to, że leci nam trzeci rok z Pałoszówką. Mogłoby się wydawać, że chata nam się znudziła, bo nas tam wcale nie ma (od prawie 2 miesięcy już). To nieprawda. W Krakowie zatrzymują mnie studia, które przybliżają mnie do marzenia o agroturystce i oprócz tego, że dadzą mi kwalifikacje rolnicze to czasem czegoś ciekawego się na nich dowiem. A najważniejsze to poznaje nowych ludzi! Gdy skończę studia, dalej będzie się Wam wydawało, że chata nam się znudziła i wciąż będzie to nieprawda. W Krakowie pewnie zatrzyma nas ktoś nowy i mały… mam nadzieje, że nie na długo i szybko pojedziemy już w czwórkę do lasu. Jednak trudno w tej sytuacji planować jak to będzie. Hanka już mnie tego nauczyła.

31 urodziny

Przeczytałam sobie dwa poprzednie urodzinowe wpisy z 29 urodzin i z 30. Zastanawiam się  o czym napisać, żeby się nie powtarzać… jak zawsze mam w głowie myśli o przemijającym czasie i o tym, co udało się zrobić, a czego nie. Myślę o spełnionych marzeniach i o tym co mnie jeszcze czeka. To chyba normalne urodzinowe myśli.

Napiszę o ludziach… to będzie trochę gorzkie i trochę słodkie. Ostatnio zadziwia mnie które moje znajomości i przyjaźnie przetrwały. Okazuje się, że osoby, o których często myślałam, że będą na całe moje życie już odeszły, albo prawie. Jest wiele pozytywnych zaskoczeń i mimo, że czasem wydało się, że ktoś już na zawsze opuścił mój szlak życia, to na niego wraca. Mam wielu dobrych ludzi. Jednak te kontakty są dość rzadkie… i to jest gorzkie i normalne. Człowiek w codzienności jest sam. Skończyły się czasy, gdy prawie codziennie wychodziło się z grupą znajomych na piwo. Słodkie jest to, że nie przeszkadza mi to tak bardzo, bo mam Tomka i z nim czuje się najlepiej. Dzięki temu nigdy nie jestem sama. Dziękuję!

Dziękuję też tym, którzy czasem wchodzą w moją codzienność!

Dla poprawnych relacji damsko-męskich bardzo ważne jest to, żeby byli inni ludzie. Jakie to cudowne, gdy dostrzegam piękno i mądrość w moim mężu w towarzystwie – jestem wtedy taka dumna. Czasem też potrzebujemy od siebie odpocząć i pogadać z kimś innym. Pewnie trzeba też troszkę ponarzekać.

Życzę sobie i Wam takiego jednego najważniejszego przyjaciela na zawsze i wielu innych, którzy pojawiają się we właściwym momencie! Oby trwali przy nas jak najdłużej, a my przy nich w dobrych i złych momentach!

PS: Przeglądam zdjęcia do wpisu i uświadomiłam sobie jak bardzo, bardzo tęsknie za chatą!! ale zdjęcie nie będzie z chaty jednak 😛 tylko takie sprzed 10 lat i z czasów kiedy chciało mi się organizować urodziny w knajpie heheh… Oglądam zdjęcia z pewnym zadziwieniem, kto tam wtedy był… ale zamieszczę te z tymi, którzy w moim życiu i w moich myślach dalej są obecni! 🙂

miłość

Dziś będzie o kobietach na Dzień Kobiet. Może powinien napisać ten wpis mężczyzna? Będzie jednak o kobietach na Dzień Kobiet przez kobietę 🙂 i przez to będzie jednostronnie.

Podziwiam kobiety… Czasem nie mogę się przestać dziwić. A może przykład:

Ona – właścicielka firmy, mama dwójki dzieci i zadbana żona

Jedziemy autem. On wciśnięty z tyłu między dzieci, ona prowadzi samochód. Do niego dzwoni Pani z banku i rozmawia z nim o jego sprawach, ale on daje telefon jej, bo to ona wie…

Nie mogę przestać dziwić się ile potrafią ogarnąć kobiety…

ale… zapomniałam o wstępie

Ten świat jest tak cudownie zrobiony, że kobieta i mężczyzna się uzupełniają i są sobie wzajemnie potrzebni i równi – tu nie ma lepszych i gorszych. Kropka, bo dla mnie to taki aksjomat i nie będę się rozpisywać.

Podziwiam kobiety za upór, siłę i mądrość.

Podziwiam je za to, że potrafią łączyć bycie mamą, żoną i bizneswomen. Jestem również pełna uznania dla kobiet, które pełnią jedną z tych ról. Tak pięknie potrafimy wypełniać swoje powołania.

Ostatnio słuchałam o. Szustaka, który pięknie mówił o kobietach i ich roli (posłuchajcie, tylko dla Pań!). Kobiety prowadzą do Boga, do zbawienia. Myślę, że to jest właśnie najważniejsza nasza rola. W każdej funkcji, którą spełniamy, mamy prowadzić do Boga jako mamy, żony, przyjaciółki. To my musimy dbać o niebo dla naszych mężów i dzieci. Oczywiście mamy moc, żeby to kompletnie zniszczyć.

Nienawidzę kobiet za ich nienawiść.

My potrafimy mocno odczuwać i czasem nie potrafimy kierować emocjami. Krzywdzimy się nawzajem i porównujemy.

Przykład: macierzyństwo

Poczytajcie blogi o macierzyństwie i komentarze – włos się jeży!!!

Która urodziła więcej, która może nazywać się matką, a która nie, która miała cięższy i dłuższy poród, która urodziła przez cc (to już nie kobieta wg. niektórych Pań), która dłużej karmiła piersią, która wcale nie karmiła, która daje Gerbreki i sok z cukrem, która kupiła wolnoobrotową sokowirówkę za 5 tys. zł, która posłała dziecko do żłobka, która siedzi z dzieckiem w domu, która całuje stopki, a która nie… która wcale nie jest mamą

Jednak nie czytajcie!

Każda mama wie co jest najlepsze dla jej dziecka i każda mama jest w innej sytuacji rodzinnej, finansowej i psychicznej i daje ile może sobie, mężowi i dziecku. To też powinien być aksjomat.

Są złe matki, bo nie potrafią, bo same są zagubione, bo same nie zaznały miłości… a nie dlatego, że są po prostu złe i trzeba je zrównać z błotem. Może trzeba popatrzeć szerzej, a nie krytykować i pisać, że ja jestem lepsza.

Są kobiety, które nie są matkami z własnego wyboru lub z wyboru losu. Im też należy się szacunek. Brak powołania lub możliwości do bycia mamą nie jest powodem do powątpiewania w czyjąś kobiecość.

Są kobiety, które realizują się w domu tzw. „kury domowe”. One też są pełnowartościowe i odwalają kawał dobrej roboty… chociaż dzisiejszy świat przelicza nas na pieniądze, a taka kobieta bezpośrednio nie podnosi dochodu gospodarstwa domowego. Popatrz szerzej – pośrednio jak najbardziej tak, bo nie potrzebujesz opiekunki do dziecka, sprzątaczki, kucharki itd… Dom jest czysty, dzieci szczęśliwe, tylko ona czasem zmęczona i niedowartościowana i szara… dlaczego?

Ja teraz też jestem kobietą, która siedzi w domu… i mój mąż wraca do mnie z niedoczekaniem i uśmiechem na twarzy z pracy.

Każda kobieta jest inna i każda wspaniała.

Ktoś kiedyś powiedział, że nie ma brzydkich kobiet, są tylko niekochane. A ja dopowiem, że są niekochane przez siebie. To jest nasza tajemnica, siła i mądrość: miłość. To jest nasza kobiecość. Ale żeby pokochać świat, mężczyznę, dzieci, w pierwszej kolejności trzeba pokochać siebie! Kochane, w końcu stworzył nas Bóg, a On tworzy tylko to co piękne i dobre!

Czasem sobie to utrudniamy same i sobie nawzajem… odsyłam wyżej.

Z okazji Dnia Kobiet życzę Wam miłości do samych siebie! Wtedy wszystko będzie na swoim miejscu!

I na sam koniec jeszcze raz:

Kobiecość to miłość!

miłość

Wpis powinien powstać wczoraj, bo będzie trochę o miłości… tylko troszkę. Zawsze piszę o miłości, bo ona zawiera się we wszystkim. Dziś będzie o poświęceniu. Według słownika języka polskiego poświęcić się oznacza „zrezygnować z czegoś dla czyjegoś dobra, dla jakiejś sprawy” – brzmi strasznie, ale w tym samym słowniku jest jeszcze kilka definicji i ta, która najbardziej mi się podoba to: „wybrać sobie coś jako zawód lub cel życia”. Najczęściej jednak poświęcenie odczytujemy według pierwszego znaczenia. Nie lubimy tego słowa, bo kojarzy nam się z brakiem czegoś, z wyrzeczeniem.

W dobrym życiu nie ma miejsca na takie poświęcenie. W miłości jest wybór.

Jakie to przykre, gdy matka mówi do swoich dzieci, że się im poświęciła. Zrezygnowała z kariery, by  być przy rodzinie. I często te słowa padają w formie wyrzutów: ja się Wam/Tobie oddałam, a Wy/Ty tak mnie traktujesz i wybierasz inną drogę… Tak samo jest w wielu innych sprawach. Ja tyle z siebie daję w pracy, rezygnuję z bycia w domu, a tu nie ma podwyżki i nikt mnie nie szanuję. Tak na prawdę nikt nas nie prosi o poświęcenie. Pamiętam jak odchodziłam z harcerstwa. Jednym z powodów było to, że nie umiałam sprostać wymaganiom mojej drużynowej, która poświęciła się dla ZHR. Ona chciała, żebym ja zrobiła to samo, doceniła jej pracę i to, że harcerstwo jest dla niej najważniejsze. Ja miałam inne plany, drużyna miała być dla mnie ważnym dodatkiem i nie chciałam się poświęcać harcerkom, które nigdy o to nie prosiły i tego nie potrzebowały.

W miłości zawsze jest wybór.

W życiu zawsze trzeba wybrać jakiś szlak. Nie da się iść dwiema drogami. Ja wybrałam rodzinę , domowe ciepło i chatę w górach.

O poświęceniu można mówić, gdy jest przymus, trudna sytuacja. W miłości zawsze będzie poświęcenie, bo zawsze będzie jakiś kryzys. W ciężkiej sytuacji finansowej, ktoś musi się poświecić i wziąć dodatkową pracę. Gdy przychodzi choroba, ktoś musi z czegoś zrezygnować. Wybór jednak jest zawsze, bo w każdej chwili możesz zniknąć, odejść… i w tym miejscu chroni nas miłość i sprawia, że poświęcenie nie jest takie złe.

Gdy patrzę na swoje życie to widzę w nim same wybory*, nie było tam miejsca na poświęcenia. Z czasem widzę, że tam gdzie wydało mi się, że z czegoś rezygnuję, bo tak trzeba, tak naprawdę zawsze było, bo tak chciałam. Teraz jestem na dobrej drodze, o której wyborze zdecydowałam sama, bez przymusu i poświęcania czegoś innego.

My na początku naszej drogi… Bieszczady, maj 2013

Życzę Wam w dzień po Walentynkach, żeby w Waszym życiu zawsze były mądre wybory, a nie przykre poświęcenia…

*jest wyjątek: kot… posiadanie kota poświęciłam dla Tomka, ale to naprawdę nieważne. Piszę to, żeby Tomek wiedział :D, bo może kiedyś zmieni zdanie.

miłość, miszmasz

Długo myślałam nad tym wpisem… miał się pojawić w grudniu, potem 31 grudnia (na drugie urodziny Pałoszówki), potem 1 stycznia jako wpis noworoczne przemyślenia, ale dopiero dziś podjęłam decyzje o czym będę pisać.

Noworoczne przemyślenia

Grudzień był dla mnie bardzo ciężki – źle czułam się fizycznie i psychicznie. W tym całym zimowym dole pojawiały się próby pocieszenia. Winę za swój zły humor częściowo zrzucam na hormony… Dopadło mnie typowe dla kobiecego obniżenia nastroju powroty do przeszłości i użalanie się nad sobą. W tym myśleniu ktoś mi powiedział, że zawsze się wychylałam, angażowałam, mówiłam co myślę, wkładałam uczucia w to co robiłam i w ludzi, których poznawałam i dlatego dostawałam po dupie. Lepiej stać z boku i nie przeżywać. Jak już hormony opadły, pewne sprawy się wyjaśniły zrobiło mi się przykro takiego życia bez kopniaków i rozczarowań. Ciesze się z każdego uderzenia w moim życiu. Dzięki nim dojrzałam do miłości 🙂 i mam poczucie, że próbowałam. Wiele pięknych spraw wynikło z mojego wychylania się, angażowanie, mówienia co myślę , wykładania uczuć. Bez ryzyka nie ma prawdziwego życia. Odsyłam Was do noworocznego wpisu Klaudyny Hebdy.

Decyzje w moim życiu

Na szczęście umiem podejmować decyzję, czasem bardzo szybkie i ważne… Decyzje o małżeństwie podjęliśmy z Tomkiem właściwie po 2 tygodniach, na kupno chaty zdecydowaliśmy się w 1 dzień (jednak decyzja była poprzedzona wieloma miesiącami poszukiwań i już wiedzieliśmy co chcemy), w grudniu Tomek kupił samochód w kilka godzin… Wcześniej tych decyzji też było sporo – wyjazd do Bristolu (w czwartek Ola mi dała pomysł, a ja we wtorek miałam bilet w jedną stronę), założenia Lackowej, kurs SKPG.

Na razie nie widzę w swoim życiu decyzji, której bym żałowała… Mam dużo szczęścia 🙂 i dużo wiary w siebie i w swoją intuicję.

Czasem myślę, że zakup chaty był złą decyzją… bo czasem nie mogę spać jak myślę o drodze, wodzie, przepisach i tym ile jest w chacie prowizorek, ile mnie czeka pracy i ile potrzebuję pieniędzy. Znowu się wychyliłam i naraziłam na ogrom wyzwań. Wiem jedno, że nie kupienie chaty byłoby najgorszą decyzją w moim życiu. Może nie wyjdzie, ale nigdy nie powiem sobie, że nie spróbowałam zrealizować swojego wielkiego marzenia.

Wdzięczność

Jeszcze jedna chyba najważniejsza sprawa na Nowy Rok – wdzięczność. Myślę, że ciągłe myślenie o dobrych rzeczach i dziękowanie powoduje, że przychodzi do nas jeszcze więcej dobra. Tego życzę sobie i Wam! 🙂

Mam za co dziękować! W 2017 stało się wiele dobrego, a przede wszystkim udało nam się wyjść z rurki. Bardzo smutne dla mnie zamknięcie Lackowej przyspieszyło i ułatwiło kolejną bardzo ważną decyzję ;).

miłość

Szczęście – z jeden strony temat banalny, a z drugiej sprawa, którą od wieków spędzała sen z powiek filozofom…

Każdy ma swoją definicję szczęścia. Ja też i w moim pojęciu szczęścia mieści się bardzo wiele i dla każdego pod tym słowem kryje się coś innego.

Szczęście to po prostu życie zgodnie ze swoim powołaniem.

Wydaje się bardzo proste, ale nie jest. Niestety wielu ludzi nie zna swojego powołania i błąka się wciąż szukając. Nie wiem dlaczego jedni znajdują swoją drogę szybciej, a inni wolnej, a jeszcze inni wcale. Ja od bardzo, bardzo dawna wiedziałam, że chce być żoną… droga była kręta i nie było łatwo. Jednak jak po wszystkim spotkałam Tomka to wiedziałam, że chce być żoną Tomka. Na ślubie nie miałam wątpliwości (chociaż byliśmy razem 5 miesięcy i nie znaliśmy się roku), bo byłam świadoma swojego powołania. Z faktu bycia żoną wynikają kolejne role – matki, gospodyni itd… Ja jako żona jestem najważniejsza, później jako matka… Moje szczęście to małżeństwo. Trzeba zaakceptować to, że każdy ma inne powołanie i inne szczęście. Niektórzy realizują się kompletnie w macierzyństwie, inni w kapłaństwie (ku mojemu zaskoczeniu poznałam kiedyś zakonnice, która była naprawdę szczęśliwa), a niektórzy w samotnym zdobywaniu ośmiotysięczników… Są ludzie, którzy całe swoje szczęście odnajdują w pracy i wykonują swój zawód z powołania.

Oczywiście to się wszystko łączy ze sobą. Ja jestem żoną, ale uwielbiam też swoją pracę – warsztaty, wycieczki i to również jest moje powołanie nr 3 🙂 (liczę, że bycie żona to nr 1, mamą nr 2). Ta numeracja jest istotna bo np. teraz poświęcam się w całości nr 1 i 2, ale na 3 przyjdzie pora!! 🙂 Nr 4 to mieszkanie w górach. Realizacja tych powołań sprawi, że umrę z uśmiechem na twarzy 🙂 … bo szczęśliwa jestem od momentu spełnienia się 1 i teraz ze spokojem idę dalej.

W ten jesienny czas życzę Wam, abyście zawsze wiedzieli, która ścieżka jest Wasza i jej pilnowali. Szczęście to poczucie spokoju, że wszystko jest zgodne z Bożym Planem. Wierze, że powołanie daje Bóg. Może to jest klucz to tego, że niektórzy wiedzą od razu, a inni szukają wiele lat?

 

miłość

Czas na wpis, na który czekałam 2 lata i 9 miesięcy… czas na dobre zakończenie.

DOBRE ZAKOŃCZENIE

Nasza historia z chorobą dziecka ma dobre zakończenie.

Wyszliśmy ze szpitala zdrowi, nowi i pełni energii, ze świadomością, że zmienia się nasze życie. W czwartek 13 lipca pożegnaliśmy się z rurką, ssakiem i prawie wszystkimi aspektami związanymi z tracheostomią (została jeszcze blizna).

Wyszliśmy ze szpitala odmienieni siłą doświadczenia choroby, cierpienia. Już zawsze, gdy przejeżdżam koło Szpitala Uniwersyteckiego w Krakowie – Prokocim, mam taki moment wzruszenia. To dobre wzruszenie. Przypominam sobie małą Hankę leżącą na oddziale intensywnej terapii i nas codziennie przemierzających w zielonych fartuchach sterylne korytarze. Myślę o drodze jaką przeszliśmy i o dobrym zakończeniu, o wielkości naszej miłości i o Bogu, który dał mi siłę i wiarę.

Czas na podsumowanie, ale zaczniemy od podziękowań.

DZIĘKUJĘ!

Chciałam podziękować wszystkim, którzy myśleli o Hani, a przede wszystkim za modlitwy. Wiem, że jest wiele osób, których nie znam, a byliśmy w ich wieczornych myślach posyłanych do Boga. Dziękuję Róży za uświadomienie mi, że tyle osób się za Hankę modli, więc na pewno będzie dobrze. Nie widziała, że tymi słowami zdjęła ze mnie ciężar odpowiedzialności, że tylko ja swoją modlitwą i wiarą mogę to załatwić, a czasem tak ciężko mi to przychodziło i miałam do siebie o to pretensje. Mogłam wyluzować, bo przecież tyle osób modliło się o zdrowie Hanki, że musiało się udać. Dziękuję!

PODSUMOWANIE

Czekaliśmy na ten dzień bardzo długo. Tak o tym myślę teraz, bo to 2 lata 9 miesięcy i 11 dni, czyli ponad połowa tego czasu, który znamy się z Tomkiem… W ciągu tego okresu wiele się zdarzyło. Pewnie w perspektywie dalszego życia, za lat 10, 20 będzie to tylko epizot – krótka chwila, która tak wiele nas nauczyła i dała wiele dobrego.

MY

My kochamy się bardziej. Sprawdziliśmy się… po tak krótkim byciu razem okazało się, że pierwsze przekonanie było prawdziwe – przekonanie, że to ten jedyny. Pani w szpitalu powiedziała mi, że to jest niezwykłe, gdy facet zostaje z kobietą i swoim dzieckiem, które jest ciężko chore. Myślę, że w obliczu diagnozy, przed którą stanęliśmy, niejeden facet by zwiał… a Tomek zawsze Był i Jest i to przez wielkie litery. Dziękuję Ci Kochanie! 🙂

POZYTYWNE MYŚLENIE

Nauczyliśmy się doceniać to co mamy i widzieć więcej dobra. Myślę, że paradoksalnie jesteśmy teraz szczęśliwsi, dzięki doświadczeniu z rurką… Musieliśmy więcej z siebie dać, było trudno i ciężko, ale dawaliśmy radę i szliśmy do przodu i staraliśmy się zawsze widzieć tą lepszą stronę. Podobno to co przychodzi nam z trudem i wymaga od nas wysiłku jest cenniejsze niż coś co jest łatwe (bycie rodzicem w ogóle jest bardzo trudne).

SIŁA

Powiem krótko jesteśmy silniejsi :)…

INNI

Jeszcze jedna sprawa – przez całe to zamieszanie poznaliśmy wielu wspaniałych ludzi:

  • Panią Alę – naszą cudowną panią logopedę, która zawsze wierzyła w Hankę. Mi osobiście bardzo pomogło jej pozytywne nastawienie. Pani Ala jest lepsza od psychologa czy psychiatry :), a może dzięki niej nigdy nie potrzebowałam takiej osoby;
  • Ewelinę, Mariusza z dzieciakami – połączyła nas rurka i to, że w końcu można było pogadać z kimś kto nas rozumie. Na szczęście oni też już pożegnali się z rurką. Zawsze się wspieraliśmy w rozmowach, myślach i modlitwach. Są oni też pięknym świadectwem wiary;
  • lekarzy i pielęgniarki z domowego hospicjum Alma Spei, którzy zawsze okazywali nam życzliwość;
  • … i jeszcze pewnie wiele innych osób spotkanych w szpitalach, poradniach…

Kończę zdjęciem uśmiechniętej Hanki (sierpień 2015). Jutro jedziemy do chaty, więc nie będę się dalej rozpisywać. Zapraszam na dobrą herbatę, nalewkę (jeszcze jest) i może opowiem coś więcej! 🙂

miłość

Dawno nie pisałam (a mam tyle do nadrobienia). Ostatnio całą moją pasję, skupienie pochłonął decoupage 🙂 – musiałam się wyżyć artystycznie i malowałam, wycinałam, kleiłam. Osiągnięcia w tym temacie można oglądać u mnie w domu, a latem przeniosę się z tym do chaty i mam już kilka planów na upiększanie. Dziś jest ważny dzień, bo gdzieś między 3, a 9 kwietnia 2013 zakochałam się w Tomku :). Rok temu Wam pisałam o cudownych 3 latach, a dziś mija kolejny rok razem. Lepszy od poprzedniego, bo my mamy tendencję wzrostową i udoskonalamy nasz związek.  Zdarzają się nam małe, wielkie upadki, ale po nich jesteśmy jeszcze mocniejsi i zbieramy doświadczenie. Przetrwać kryzysy pomaga nam małżeństwo, o czy już pisałam.

Chciałam Wam dziś napisać o wdzięczności, bo oprócz celów, to właśnie ona jest kolejną składową recepty na udany związek, a może jeszcze szerzej na dobre życie. Czasem jak jest mi źle to zaczynam sobie wymieniać rzeczy, za które powinnam dziękować i uświadamiam sobie ile tego jest, że jestem szczęśliwa i od razu jest mi lepiej. Każdą modlitwę zaczynam od dziękowania. Taka postawa pomaga przetrwać. Widzę Hanki sukcesy, a nie jej braki. W życiu szukam tego co dobre. W Tomku i naszym związku też skupiam się na tym, co się udaje. Istnieje teoria przyciągania dobrych i złych rzeczy do swojego życia, że nasz los zależy tylko od tego jak myślimy i co czujemy. Czy to prawda? Na wszelki wypadek warto skupiać się na tym co dobre i dziękować! W moim życiu to działa i jest cudownie.

Dziękuję!

Dziękuję mojemu Mężowi za 4 lata miłości, wspólnego szukania, wędrowania, budowania. Dziękuję za Twoje wybaczenia i za Twoje pamiętanie tego co dobre :).

Dziękuję Bogu za wspaniałą rodzinę i każdy dzień!

Wam dziękuję za obecność 🙂

miłość

Pewnie nie mam prawa wypowiadać się na temat małżeństwa, bo w takim stanie jestem od ponad 3 lat – marne doświadczenie! a z Tomkiem jestem 3 lata i 10 miesięcy (uuu to jeszcze mniej wiedzy na temat związków)… Nie chce moralizować, doradzać, wymądrzać się, napiszę z okazji Walentynek czym dla mnie jest małżeństwo. Będzie to tylko subiektywna opinia.

Po 3 latach od ślubu zauważyłam coś dziwnego (pewnie mogłam wcześniej, ale przez te 3 lata tyle się działo, że nie miałam jak się nam, sobie przyjrzeć) i jest to fakt, że wcale się nie zmieniłam. Sytuacja, okoliczności są inne i moje zachowania są inne, ale w środku jest taka sama jak przed ślubem, przed moją życiową miłością. Jestem wciąż kochliwa i chce ukierunkować te moje emocje na Tomka, a małżeństwo sprawia, że muszę… Gdy mam jakieś wątpliwości to sakrament małżeństwa daje mi pewności, siłę i wiarę w nas. Dzięki „papierkowi” mam poczucie bezpieczeństwa i stabilności. Bez małżeństwa nie musiałabym się starać, bo zawsze mogłabym odejść… Ślub dał mi energię, aby zawsze walczyć o miłość i dokładać do ognia cały czas, bo to do końca życia. Dla mniej jest to piękne i bardzo ważne.

Kiedyś mama mojej dobrej koleżanki doradzała jej, że nie powinna zamieszkać z chłopkiem przed ślubem. Powodem nie był seks, grzech itd. Chodziło mniej więcej o to, że gdy zamieszkasz z kimś kto nie jest Twoim mężem/Twoją żoną to przy pierwszym problemie, kryzysie spakujesz swoje rzeczy i może po czasie okaże, się że straciłaś/łeś prawdziwą miłość. Małżeństwo daje siłę, żeby problemy rozwiązywać i dawać sobie szansę. Teraz to rozumiem. Nie musicie się ze mną zgadzać, po prostu u mnie to działa. Myślę, że byłam w sytuacji, w której „papier” uratował nasze życie albo złagodził kryzys.

Mądry ksiądz zadał mi kiedyś pytanie: Czy miłość to uczucie, czy wola? Chciałam odpowiedzieć uczucie, ale szybko się zreflektowałam i odpowiedziałam wola. Kiedyś byłam bardzo zakochana uczuciem bardzo silnym i byłam gotowa wszystko zostawić i prać mu skarpetki przez całe życie (z perspektyw czasu wiem, że trwałoby to duużo krócej). Dziś też piorę te przysłowiowe skarpetki, ale jestem świadoma siebie i swojego małżeństwa. Dziękuję Bogu, że wtedy nie pozwolił aby moje uczucie się spełniło i dał mi czas, abym dorosła i dojrzała do mądrej miłości.

Miłość to wybór ścieżki, która prowadzi przez

łagodne Beskidy, wysokie Tatry i bukowy dom.

Miłość to wierność wyznaczonej trasie.”

Życzę Wam MIŁOŚCI, a tym którzy są jeszcze przed DOBREGO MAŁŻEŃSTWA!