dziecko w chacie

Wrzesień przyszedł trochę z zaskoczenia. Tak długo czekałam na wakacje i lato w chacie, a już zaczyna się rok szkolny. Hania poszła do przedszkola, a my z Ignasiem będziemy odkrywać uroki miasta. Przyszedł czas na krótkie podsumowanie. W tym roku letni pobyt w Pałoszówce był dla nas bardzo monotonny i trochę „nudny” – nie zrobiliśmy nic ciekawego i wielkiego w oczach człowieka dorosłego. Ja i Tomek większość czasu spędziliśmy na staniu. Na staniu przy motylku, przy kwiatku, przy drzewku, przy mrówce…. czasem udawało nam się przespacerować do następnego krzaczka, kamyczka, patyczka. Nie byliśmy nigdzie dalej niż na Cyrli, czy w Makowicy. Cały nasz czas był dostosowany do dzieci. Nasze potrzeby wędrowania, spacerowanie po górach ograniczyły się do haniowych kroków, a czas do ignasiowch karmień. Wydaje Wam się pewnie, że to trochę smutne i ciężkie. Rzeczywiście, czasem były nerwy i niecierpliwość. Człowiek musi zapomnieć o swoich potrzebach. My uwielbiamy chodzić na długie spacery. Jednak teraz jest czas dzieci i czas odkrywania świata z nimi.

Dzieci w las!

Nie wiem może to ja wyszukuję takich informacji, ale wydaje mi się, że coraz popularniejsze robi się wysyłanie dzieci w naturę! Powstają leśne przedszkola, blogi o tej tematyce, w internowanych sklepach można nawet za dużą cenę kupić kawałki lasu do zabawy, są grupy ludzi, którzy taplają się w błocie (w środku miasta!!!). Dzieci najlepiej rozwijają się na łonie przyrody i nie potrzeba na to pieniędzy. To jest coś o czym moja mama i pewnie każda mama przed erą smartfonów wiedziała. Technologia nie jest najlepszą rzeczą jaką możemy zaoferować małemu dziecku, a nawet nastolatkowi. Niestety we współczesnym świecie i z tym dzieci muszą się oswajać, żeby potem móc mądrze z tego korzystać.

W chacie posyłanie dzieci w naturę, las wychodzi naturalnie. Trzeba tylko dostosować tempo, otworzyć oczy na rzeczy, które dla nas już dawno stały się niewidoczne i nauczyć się mówić o tym, co dla nas już dawno jest oczywiste i niestety często zapomniane.

Hania już wie, że to goryczka i że jest pod ochroną.

Ja i Hania chodzimy kupować… uwielbiamy zakupy w pobliskim hipermarkecie. Nie potrzebujemy tam pieniędzy, dojeżdżamy tam autem, które napędzane jest wyobraźnią, a czasem to pociąg czy kareta dla księżniczek i jest tam wszystko co tylko zapragniemy. Wracamy z pełnymi plecakami i brzuchami, bo jest tam restauracja.

Hania jest również posiadaczką kilku nieruchomości. Najpiękniejsza to rezydencja pod modrzewiami z wielkim tarasem, z którego rozpościera się widok na dolinę Popradu. W tym domu jest również salon, sypialnia, kuchnia i łazienka.

A zadaniem rodziców jest wejść w ten świat i zobaczyć więcej…

Dzieci nie potrzebują wiele

Większość naszych zabawek mieszka w półkach i kątach. Za to patyki i kamyki zajmują krzesła, stoły i honorowe miejsca. Najlepsze przedmioty do zabawy to te, które wymagają wyobraźni. I w ten sposób często na spacerach gadaliśmy do kamienia, który oprócz tego, że był niezawodnym telefonem nie wymagającym ładowania, był aparatem fotograficznym i wyświetlaczem bajek. Niestety zdjęć nie udało się nam wywołać, bo nikt w PL nie zna się jeszcze na tak zaawansowanym sprzęcie.

i o to jest! Super nowoczesny bez potrzeby ładowania baterii i zawsze z zasięgiem… aaa i najważniejsze – dzieci od niego nie głupieją, a wręcz przeciwnie rozwijają swoją wyobraźnię 🙂

Mama gapa nie zabrała Ignasiowi żadnej zabawki… ale wystarczyło trochę bibuły, sznurka. … i tak minął letni czas w chacie. A już chciałabym powiedzieć: Dzieci w las! i dorośli też ;).

miłość

Jeszcze został tydzień do naszej 5 rocznicy ślubu… powinniśmy się jakoś przygotować do tego wielkiego dnia. A może ten dzień ma być naszym zwykłym czasem. Każdy dzień przeżyty z miłością powinien być wielki i powinno być to dla nas zwyczajne. Tak jak zwyczajne jest to, że jesteśmy dla siebie po prostu mili, dobrzy i sobie ustępujemy, robimy przyjemności itd… Czasem jednak trzeba wieczorem usiąść na tarasie, posiedzieć i uświadomić sobie jakie to niezwykłe (gdy ma się dzieci to samo siedzenie wieczorem w dwójkę jest czymś niesamowitym). Przecież znamy statystyki… tyle się mówi o rozwodach i tyle jest wśród nas małżeństw niemiłych, nieudanych i w kryzysie.

Drewniana rocznica

5 rocznica ślubu jest nazywana drewnianą, co mi się osobiście bardzo podoba. Nasze życie z Tomkiem jest bardzo drewniane. Oboje marzymy o drewnianym domu i oboje lubimy zapalony piec i kominek, ogniska, świeży las wiosną i buczynę karpacką latem i kolorowe liście jesienią. Drewno kojarzy mi się z ciepłem, dobrem, naturą, Bogiem. Ma tak bardzo wiele odsłon i funkcji. Jest różne jak różne są odmiany miłości. Każdy kawałek drewna jest inny jak każda para, która ma 5 rocznicę ślubu. Drewno daje schronienie, ciepło, poczucie bezpieczeństwa i przygodę. Jest zwyczajne tak jak powinna być zwyczajna miłość. Jest niezwykłe tak jak powinna być niezwykła miłość.

5 lat

Ostatnie 5 lat to najintensywniejszy i najbardziej niezwykły czas w moim życiu. Z drugiej strony jest tak bardzo normalnie i naturalnie. Czuje, że moja wędrówka prowadzi po właściwej ścieżce. Uwielbiam bycie żoną. Z tej miłości urodziła się dwójka pięknych dzieci i powstało miłe miejsce w górach – nasza chata. Z tej miłości każdego dnia rodzi się uśmiech i poczucie szczęścia.

Gdzie mieszka miłość?? 🙂
Miłość mieszka w nas… brzuszkowa sesja, maj 2018

Świętowanie

Długo rozmyślaliśmy nad sposobem uświęcenia tego dnia. Poprzednie rocznice  ślubu w miarę możliwości spędzaliśmy sami w górach i na tańcach. W tym roku jest to niemożliwe, dlatego postanowiliśmy uczcić ten dzień zupełnie zwyczajnie. Drewnianą rocznicę chcemy ofiarować Temu, który nam ciągle pomaga. Miło nam będzie jeśli z nami będziecie chcieli poświętować. Zapraszamy na Mszę Świętą, podczas której będziemy dziękować za nasze 5 lat małżeństwa, 7 września 2018 o 18.30 w kościele Niepokalanego Poczęcia NMP na Azorach w Krakowie.

 

dziecko w chacie

W ostatni weekend pojechaliśmy pierwszy raz do chaty z synkiem. Ignaś w piątek 6 lipca skończył swój pierwszy miesiąc. Hania w tym czasie bawiła się u dziadków. Następny wyjazd będzie już w czwórkę.

Z powodu wieczornych maratonów Ignasia przy piersi postanowiliśmy poczuć się 10 lat młodsi i wyjechać w porze jego spania po drugim nocnym karmieniu, czyli ok. 4-5 rano. Udało się nam wyjechać o 4.51 spod bloku :). Na przełęczy byliśmy już o 7 (nasz najlepszy czas!), więc mieliśmy całą sobotę dla siebie. Ten dzień przeznaczyliśmy na pierwszy chustowy spacer do Cyrli i zbieranie porzeczek, których w tym roku jest bardzo, bardzo dużo. Tyle udało się zrobić, reszta naszego czasu minęła jak zawsze na obsługiwaniu niemowlęcia i jego mamy, która nie ma nawet chwili, żeby zrobić sobie rano kanapkę (Ignaś preferuje również poranne sesje przy cycku (o czym nie będę pisać, bo to temat rzeka, który budzi wiele emocji)). Tato sobie świetnie z tym radzi.

Po co?

Dzieci w góry zabieramy przede wszystkiemu z uwagi na siebie… to dla naszego zdrowia psychicznego i szczęścia – po prostu to lubimy! I tu napiszę taki frazes Szczęśliwi rodzice to szczęśliwe dzieci.

Jednak to nie do końca prawda. Jest to nasz sposób na życie i chcemy przekazać to dzieciom. Jest wiele pozytywów płynących z pobytu w górach nawet dla bardzo małych dzieci:

  • świeże powietrze! – dla nas Krakusów to bardzo ważne;
  • bezpieczne, naturalne bodźce ważne dla rozwoju dziecka. Tu się zatrzymam. Natura, las, polana nie może przebodźcować dziecka. To zawsze będzie dobre, niemowle w górach nie będzie nadmiernie pobudliwe. Otaczająca zieleń uspokaja, muzyka wiatru, ptaków relaksują, a dziecko jest zdrowe psychicznie i fizycznie. A teraz pomyślcie o mieszkaniu z włączoną prawie 24 h na dobę plazmą na pół ściany, o hipermarkecie z kolorami, muzyką i tłumem ludzi. Połączcie to zestawienie z małym dzieckiem… i to są niebezpieczne bodźce;
  • bakterie, wirusy, brudy i zmiany temperatury, które uodparniają dziecko i według mnie są znacznie bezpieczniejsze od tych miejskich np. z supermarketu, czy z ulicy pełnej samochodów;
  • dzieci w górach są zdrowsze i szczęśliwsze, co widać na zdjęciu 🙂

ludzie, miłość

Mam ogromne szczęście, bo w moim życiu jest dwóch wspaniałych ojców – mój tata i tata moich dzieci.

Mój tata

Ostatnio dużo słucham mądrych ludzi, którzy wspaniale mówią o miłości, małżeństwie i rodzinie. Układa mi się w głowie wiele puzzli w jedną całość. W tej układance życia ważną rolę ma ojciec i jego miłość. Teraz wiem, że dzięki mojemu tacie odnalazłam się i zawsze znałam swoją wartość (mimo wielu upadków). Mój tata zawsze kochał i szanował moją mamę. Moi rodzice pokazali, że można całe życie kochać. Teraz z uczuciem ciepła na sercu wspominam ich niedzielne, popołudniowe drzemki, kiedy zawsze się przytulali. Rosłam w poczuciu bezpieczeństwa. Jacek Pulikowski, którego ostatnio ciągle słucham, mówi, że dziecko potrzebuje od rodziców 4 rzeczy: miłości, miłości, miłości i miłości. Pierwsza to miłość matki (pierwotna, bezinteresowna), druga – miłość ojca (warunkowa, wymagająca), trzecia miłość między mamą i tatą (daje poczucie bezpieczeństwa, stabilności) i czwarta miłość do Boga. Czuje, że u mnie w domu wszystko było dobrze, dostałam to co trzeba. Kiedyś wspaniały człowiek –  ks. Grzegorz, który pomagał w hospicjum, powiedział mi, że bardzo dużo dobra dostałam. Każdego dnia za to dziękuję i wiem, że nie mogę tego zmarnować.

Moi najwspanialsi ojcowie: mój tata i mój mąż Tomasz – tata Hani i Ignasia

Tata oddał mnie w ręce najlepszego człowieka – Tomka. Nauczył mnie miłości i dzięki temu wiedziałam, że to jest ten człowiek i ta miłość. Dziękuję!

Tata Tomek

Tomek to najodważniejszy tata jakiego znam. Gdy urodziła się Hania i było naprawdę ciężko, on nigdy się nie poddał. Pokochał Hankę od razu taką jaka była nieidealna… A ja płakałam, a on przy mnie nigdy. Zawsze był dla mnie siłą i podporą. Nigdy we mnie nie zwątpił i nie przestał kochać ani na chwilę, nawet gdy miał powody. A ja czerpałam z jego oczu, serca, gestów moc i wiarę, która wszystko zwyciężyła i będzie zwyciężać. Dziękuję!

TATA

Wszystkim Tatom w dniu ich święta życzę cudownych dzieci i jeszcze cudowniejszych żon! To Wy dajcie mamom super moce! Kobieta, która ma wsparcie i miłość od męża może wszystko.

 

miłość

Mam taki swój ulubiony cytat o marzeniach:

„Mam całe stosy marzeń (…) To jest kwestia statystyki – jak Pan ma jedno marzenie, to jest spora szansa, że się nie spełni, ale jak Pan ma ich tysiące, to co chwila spełnia się któreś z nich. Właśnie na tej zasadzie mi się wciąż udaje realizować marzenia – stosuję teorię wielkich liczb i odrobinę wiedzy na temat statystyki.”
Wojciech Cejrowski

Staram się kierować tą prostą myślą… Jest w niej ukryta pewna prawda – żeby mieć dużo marzeń to muszą to być dość zwykle marzenia (Cejrowskiemu pewnie nie o to chodziło, bo on akurat robi wielkie rzeczy, ale w zwykłych czasem mu trochę nie wychodzi) i trochę tych niezwykłych również. A może inaczej, że trzeba doceniać zwykłe rzeczy i czasem naprawdę codzienne sprawy mogą być zrealizowanymi marzeniami.

Kiedyś wydawało mi się sprawą oczywistą, że będę miała męża, dwójkę dzieci i pracę, którą lubię. Każde dziecko tak myśli, że jako dorosły człowiek będzie herosem albo sławną osobą, a już na pewno, że będzie szczęśliwym człowiekiem. Potem z biegiem lat to się zmienia. Okazuje się, że nie jest to takie proste, że trzeba walczyć o swoje szczęście. Rzeczy, które kiedyś wydawały nam się naturalnym biegiem życia tak naprawdę nie są takie oczywiste.

MAŁŻEŃSTWO

Będę się powtarzać: mój Tomasz to mój osobisty cud! To nie jest tak, że się to stało i jest to normalna sprawa. To cud, że się wydarzyło w danym momencie życia, że się spotkaliśmy w tłumie i zauważyliśmy, że to prawdziwa miłość.

RODZINA 2+2

Zawsze marzyłam o przynajmniej dwójce pięknych dzieci. Wydawało mi się sprawą oczywistą, że dzieci rodzą się śliczniutkie, malutkie, pachnące i zdrowe. Hania zweryfikowała to myślenie. Z porodówki wróciliśmy do domu z pustym łóżeczkiem.  Ostatnio często wracał do mnie ten czas. Hania nauczyła mnie, że trzeba doceniać to co się ma. To nie jest oczywiste, że po porodzie słyszysz pierwszy krzyk dziecka i dostajesz bobasa do rąk. Hania nauczyła mnie, że wszystko jest możliwe… że wiara czyni cuda – to mój kolejny cud i zrealizowane marzenie! Było bardzo ciężko, ale wyszliśmy na prostą.

Znając naszą historię zrozumiecie, że gdy 6 czerwca o 23.20 na świecie pojawił się Ignaś – zdrowy, śliczny, malusi (ale przerósł nas wszystkich w swojej wadze urodzeniowej 3050 g), ja nie mogłam przestać się uśmiechać. To nie jest oczywiste, że rodzą się zdrowe dzieci… to jest cud. Dobrze, że jest to codzienny cud… Jak wiejski, pachnący chleb powszedni, który nigdy się nie nudzi. Jest codziennie, ale należy za niego dziękować i odnosić się z szacunkiem. Czasem go nie ma, a wtedy oznacza to wojnę albo inną klęskę żywiołową.

JESTEM SZCZĘŚLIWA Jestem tak bardzo szczęśliwa w tej nowej codzienności. Każdy dzień to moje zrealizowane marzenie. W końcu mogę poczuć jak to jest opiekować się maleństwem, mieć normalnie nieprzespane noce bez strachu o każdy oddech dziecka, karmić piersią. I pisząc ten post piję ciepłą herbatę!!! Myślę, że przeżywam to szczególnie, bo mam już dwójkę dzieci, ale nigdy nie miałam bobasa przy piesi i takiego mojego maluszka w ramionach. Hanka nauczyła mnie, że nie zawsze jest normalnie i teraz doceniam to jeszcze bardziej. A ona tak pięknie zareagowała na braciszka i jest taka duża i śliczna. Hanka to moja najpiękniejsza życiowa lekcja, która nauczyła mnie bycia szczęśliwą.

Dumna siostra 🙂

miszmasz

Tak siedzę w domu… w mieście. Maj i czerwiec to zawsze były moje najaktywniejsze miesiące w roku. Odkąd zajęłam się realizacją marzenia o własnej firmie i zabieraniu innych w ciekawe miejsca, maj i czerwiec kojarzył mi się z ciągłym przepakowywaniem i górami między czasie dla siebie, Tomka i potem też Hanki.  A chata w tym najpiękniejszym okresie wcale nie była odwiedzana tak intensywnie i nie było kiedy zrobić syropu z sosny, czarnego bzu. Doszłam to tego, że patrzę na ogrody innych ludzi z zazdrością, a u siebie nie mam kiedy nic posadzić i o nic zadbać. W maju i czerwcu zawsze coś się dzieje. Dobrze, że na ten rok postawiłam sobie wyzwanie i napisałam pracę podyplomową, którą właśnie skończyłam… to mnie jakoś uratowało przed poczuciem czasu nie wykorzystanego w pełni.

Majowa chata ginie w zieleni…

Ja już naprawdę nie mogę oglądać zdjęć na FB, bo mnie niesie, a musiałam się dostosować do wielkiego brzucha, słabości własnego ciała i małego człowieka, którego jeszcze nie ma… ale teraz to już kwestia dni :).

Zawsze mnie nosiło i teraz zaczęłam zastanawiać gdzie jest problem. W chacie mnie aż tak nie nosi… Opuszczam ją czasem podczas dłuższego pobytu np. miesięcznego bardziej z poczucia obowiązku i że trzeba gdzieś coś zobaczyć innego. Zrobiliśmy sobie z Tomkiem postanowienie, że co roku będziemy jeździć na tydzień jego urlopu gdzie indziej niż do chaty. W pierwszym roku się udało, a potem już nie. W tym roku też się nie uda, ale to już w trochę innych powodów.

Może problem nie jest w mieście, ale we mnie. Ja i moja siostra to chyba jedyne mi znane osoby, które rozpłakały się, że zostało im zaproponowane zjechanie kolejką z  Kasprowego Wierchu, a nie zejście. Zjechałam, bo buty były całe mokre i decyzja nie należała tylko do mnie.

Ciężkie były dla mnie ostatnie tygodnie w sposób przenośny i dosłowny. Udało się jednak odkryć kilka pozytywnych rzeczy np. pięknie kwitnące akację po drodze do przedszkola i że da się nic nie robić.  Może w życiu człowieka powinien być tak czas, kiedy się zatrzymujemy. Bardzo trudno mnie zmusić do zupełnie biernego odpoczynku. Na razie jedyną osobą której się to udało jest mały człowiek w moim brzuchu. Nawet Hanka mnie nie zatrzymała, a może nawet zmotywowała, żeby dać z siebie jeszcze więcej. Niektórzy chcą nam wmówić, że dzieci nic nie zmieniają w naszym życiu. A jednak zmieniają i to zanim się pojawią. Jeszcze będę musiała odpracować to majowe nieróbstwo…

Dzień Dziecka

Chciałam Wam jeszcze napisać coś górnolotnego o Dniu Dziecka, ale oczy mi się przymykają, więc odsyłam do życzeń z poprzedniego czerwca, kiedy byłam bardzo aktywna i mniej zmęczona: tutaj :).

i majowa Hanka z majowym kotem 🙂
ludzie

Dziś Dzień Matki i wszędzie króluje słowo mama… każdy coś chce powiedzieć, napisać, ale słowa i tak są puste…

Myślę, że dopiero będąc mamą można zrozumieć swoją mamę i otworzyć oczy – zobaczyć ogrom pracy, życia i serca, który włożyła w wychowanie swoich dzieci. Wydaj mi się też, że żadne dziecko nie jest w stanie oddać i wynagrodzić mamie lat i energii, którą włożyła w życie dziecka. Może tak ma być i taka nasza rola. My bierzemy od naszej mamy jej miłość, siłę, cierpliwość, aby potem oddać to naszym dzieciom. Nic tu nie ginie.

Z mamą i Hanią, dzięki której sama stałam się mamą…

Bycie mamą to dla mnie najtrudniejsze moje zadanie.

Dziś w dobie życia prywatnego, ale publicznego i na pokaz, gdzie każdy pokazuje najlepszą wersję siebie i nie do końca prawdziwą stawiamy sobie ogromne wymagania. Dążymy do idealnej matki z blogów, która zawsze jest uśmiechnięta. W internecie pokazywane są skrajności i w ten sposób mamy matkę spracowaną, która poranną kawę wypija wieczorem i jest szczęśliwa oraz matkę samorealizującą się, która z dzieckiem na ręku odhacza kolejne tropikalne miejsca na mapie i prowadzi super biznes super mamy. Na złoty środek nie ma tu miejsca….

Siedzę w pokoju, Hanka bawi się sama, a ja piję poranną kawę o 10.00 i coś jest nie tak, gdzie ta zimna kawa?? I gdzie te ważne, biznesowe maile?? Jestem zwykła i nie ma o czym pisać na FB. Mam też zwykłe dziecko i nie mogę się pochwalić, że czyta w wieku 2,5 roku… a może niezwykłe, bo w wieku 3,5 roku jeszcze nie mówi pełnymi zdaniami tylko wciąż po swojemu, a miała w ogóle nie mówić!

Super matki

Żyjemy w dziwnych czasach, kiedy sprawy zwykłe i normalne stają się niezwykłe i zasługują na najwyższe uznanie. Nagle bycie mamą staje się czymś nadzwyczajnym, czymś co wymaga nadmiernego wyrzeczenia i walecznej służy. Kobiety czekają na znak – macierzyński impuls, gdy już nic je nie cieszy i to dziecko kochane zanim się pocznie ma być lekarstwem na troski i codzienność. A przecież macierzyństwo to sprawa naturalna… taka ma być po prostu. Nigdy nie zastanawiałam się czy CHCE mieć dzieci, wydawało mi się, że tak ma być i to taki naturalny cykl.

Gdy czytam czasem posty koleżanek i rzucę okiem na tytułu wpisów na blogach to czuje się złą matką. Nie czytam pedagogicznych książek, wpisów o agresji, nie radzę się FB doradców. Bardzo kocham swojego męża jako swojego męża, a dopiero potem jako ojca moich dzieci. Jeżdżę do lasu i staram się nie myśleć o kleszczach, jeżdżę z Hanką autobusem, puszczam jej czasem (ostatnio częściej) bajki, żeby odpocząć, pozwalam jeść lody i bawić się w piasku. Czasem się na nią zdenerwuję i stracę cierpliwość. Wysłałam Hanię do przedszkola i dziękuję za te chwile dla siebie, które wcale nie są dla mnie, bo w tym czasie sprzątam i gotuję i odpoczywam. Tak jakoś się wydarzyło, że od kiedy Hanka jest w przedszkolu mi bardziej chce się spać i muszę bardziej dbać o siebie i nie długo godziny, które mam w domu sama będę musiała oddać.

Dziękuję!

Cieszę się, że moje dzieciństwo przebiegała w sposób naturalny i był czas na bycie dzieckiem i odkrywanie świata. Dziękuję swojej mamie za to, że chodziła z nami do lasu, robiła nam zagadki, pozwalała na bajki i swobodną zabawę i siedziała jak strażnik więzienia o zaostrzonym rygorze, gdy trzeba było nauczyć się czytać! Dziękuję za samodzielność i klucz na szyi. Za to, że miała dla nas czas i za to, że go czasem nie miała. Bez mamy odgrywały się najlepsze rzeczy w moim życiu i to dzięki mamie, że była z daleka. Przepraszam mamę za wszystkie złe słowa i wiele rzeczy – dopiero teraz widzę i wiem.

Chciałabym właśnie być taką mamą jak moja tylko trochę po swojemu 😀 …. nie sądziłam, że kiedyś będę tak myśleć ;).

Życzenia

A wszystkim mamą, życzę, aby umiały znaleźć złoty środek między miłością do dziecka, a do siebie. Szczęśliwa mama to szczęśliwe dziecko. Szczęśliwi rodzice to podwójnie szczęśliwe dziecko!

 

miłość

Jest taka chwila w ciągu dnia, która daje nam odpowiedzi, sprawdza czy jesteśmy szczęśliwi i weryfikuje nasze życie.  Jest to wieczór, moment gdy kładziemy głowę na miękką poduszkę i jeszcze chwilę nie śpimy. Do głowy przychodzą podsumowania, plany na następny dzień i marzenia. Z perspektywy czasu widzę jak w moim życiu zmieniała się ta ważna chwila.

Gdy dzień przechodzi w noc…

Kiedyś…

Gdy byłam nastolatką był to czas marzeń. Snułam wizje idealnej miłości i gdy miałam szczęście udawało mi się tak zaprogramować sen. Wspominam swoje nastoletnie życie jako dobre, ale i bardzo burzliwe. Miotałam się między przedsennymi wyobrażeniami, a rzeczywistością, czasem dość szarą i smutną. W tym czasie przeżywałam pierwszą wielką miłość i pierwsze jeszcze większe rozczarowanie.

Potem zawsze gdy kładłam się do łóżka z żalem stwierdzałam, że jest coś nie tak jak powinno. Dni mijały wypełnione pracą, ludźmi i samorealizacją, a wieczorem okazywało się, że czegoś brakuje. Dobrze wiecie czego… ciepła drugiego ciała i spokojnego oddechu ukochanej osoby.

Wieczór teraz

Teraz często moje dni nie są tak intensywne jak kiedyś, nie ma w nich tylu ludzi i są dużo bardziej spokojne. Za to wieczór jest idealny. Uwielbiam ten moment dnia, kiedy mogę przytulić się do ukochanego człowieka. Czasem rozmawiamy, a czasem milczymy. A ja w tym czasie w głowie dziękuję i wyliczam sobie ile dobra mam w swoim życiu. Snuje plan na następny dzień i modle się z wdzięcznością. Wiem, że jestem w odpowiednim miejscu. Teraz wieczór nie jest dla mnie czasem marzeń czy użalania się nad sobą, ale czasem dziękowania i realnych planów na przyszłość. Oczywiście i mi zdarzają się gorsze wieczorne godziny, gdy zaczynam wątpić czy się bać… ale nad swoimi wieczorami trzeba pracować jak nad całym swoim życiem.

Jeśli kładziesz się ze smutkiem do łóżka to może watro to przemyśleć. Gdy byłam nastolatką radzono mi, abym napisała na lustrze, że jestem piękna i szczęśliwa, abym z tymi słowami wstawała rano. Teraz już wiem, że nie tędy droga. Rób to wieczorem przed spaniem. A właściwie nie to. Wyliczaj sobie ile dobrych i realnych rzeczy jest w Twoim życiu i dziękuj. Może gdy zmieniają się wieczory to zmienia się życie.

Niektórzy ludzie boją się konfrontacji z tym wieczornym czasem i siedzą przed komputerem, książką póki nie zasną albo imprezują co wieczór. To chyba też nie jest dobra ścieżka. Czasem warto przyjrzeć się sobie.

O dziwo w chacie miewam gorsze wieczory. Powodem tego stanu jest na pewno brak porządnego łóżka… (chyba się starzeje hehe!!!) i cisza, do której nie jestem przyzwyczajona i nadsłuchuję odgłosów lasu. Wieczór weryfikuje moje próby górskiego życia i okazuje się, że jest jeszcze we mnie wiele strachu. Muszę nad tym popracować!

Chata w nocy… (fot. G. Szarek)
ludzie, miłość

Kolejny już wpis urodzinowy – trzeci na blogu… oznacza to, że leci nam trzeci rok z Pałoszówką. Mogłoby się wydawać, że chata nam się znudziła, bo nas tam wcale nie ma (od prawie 2 miesięcy już). To nieprawda. W Krakowie zatrzymują mnie studia, które przybliżają mnie do marzenia o agroturystce i oprócz tego, że dadzą mi kwalifikacje rolnicze to czasem czegoś ciekawego się na nich dowiem. A najważniejsze to poznaje nowych ludzi! Gdy skończę studia, dalej będzie się Wam wydawało, że chata nam się znudziła i wciąż będzie to nieprawda. W Krakowie pewnie zatrzyma nas ktoś nowy i mały… mam nadzieje, że nie na długo i szybko pojedziemy już w czwórkę do lasu. Jednak trudno w tej sytuacji planować jak to będzie. Hanka już mnie tego nauczyła.

31 urodziny

Przeczytałam sobie dwa poprzednie urodzinowe wpisy z 29 urodzin i z 30. Zastanawiam się  o czym napisać, żeby się nie powtarzać… jak zawsze mam w głowie myśli o przemijającym czasie i o tym, co udało się zrobić, a czego nie. Myślę o spełnionych marzeniach i o tym co mnie jeszcze czeka. To chyba normalne urodzinowe myśli.

Napiszę o ludziach… to będzie trochę gorzkie i trochę słodkie. Ostatnio zadziwia mnie które moje znajomości i przyjaźnie przetrwały. Okazuje się, że osoby, o których często myślałam, że będą na całe moje życie już odeszły, albo prawie. Jest wiele pozytywnych zaskoczeń i mimo, że czasem wydało się, że ktoś już na zawsze opuścił mój szlak życia, to na niego wraca. Mam wielu dobrych ludzi. Jednak te kontakty są dość rzadkie… i to jest gorzkie i normalne. Człowiek w codzienności jest sam. Skończyły się czasy, gdy prawie codziennie wychodziło się z grupą znajomych na piwo. Słodkie jest to, że nie przeszkadza mi to tak bardzo, bo mam Tomka i z nim czuje się najlepiej. Dzięki temu nigdy nie jestem sama. Dziękuję!

Dziękuję też tym, którzy czasem wchodzą w moją codzienność!

Dla poprawnych relacji damsko-męskich bardzo ważne jest to, żeby byli inni ludzie. Jakie to cudowne, gdy dostrzegam piękno i mądrość w moim mężu w towarzystwie – jestem wtedy taka dumna. Czasem też potrzebujemy od siebie odpocząć i pogadać z kimś innym. Pewnie trzeba też troszkę ponarzekać.

Życzę sobie i Wam takiego jednego najważniejszego przyjaciela na zawsze i wielu innych, którzy pojawiają się we właściwym momencie! Oby trwali przy nas jak najdłużej, a my przy nich w dobrych i złych momentach!

PS: Przeglądam zdjęcia do wpisu i uświadomiłam sobie jak bardzo, bardzo tęsknie za chatą!! ale zdjęcie nie będzie z chaty jednak 😛 tylko takie sprzed 10 lat i z czasów kiedy chciało mi się organizować urodziny w knajpie heheh… Oglądam zdjęcia z pewnym zadziwieniem, kto tam wtedy był… ale zamieszczę te z tymi, którzy w moim życiu i w moich myślach dalej są obecni! 🙂

miejsca

Są takie dwie turystyczne piosenki, które bardzo lubię i nie kojarzą mi się one z górami jak większość. Jedna bardzo słusznie, bo opisuje wiosnę w krainie, która zawsze była w mojej głowie, ale jakoś trudno było mi się tam wybrać. Druga opisuje rzekę. Myślę, że nie konkretną, ale gdy ją słucham zawsze widzę Nidę, a właściwie jej meandrujący obraz na mapie (geograf zrozumie).

I jest – piękny wiosenny weekend, idealny, aby poleżeć na przełęczy 🙂 i w końcu skosić trawę. Trochę boję się, że chata zarosła wiosną. Jedynak w sobotę w mieście przytrzymał mnie wieczór panieński i ogromna przyjemność poprowadzenia warsztatów kosmetycznych! Każda kobieta przeżywa swój wieczór panieński raz (teoretycznie), a ja do chaty mogę jechać zawsze (teoretycznie).  Z idealnego na góry weekendu została niedziela. Już wyleczyliśmy się z wyjazdu na Kretówki na jeden dzień, więc trzeba było wymyślić coś innego… Kierunek południe jak zawsze wydał nam się atrakcyjny, ale nagle przeszedł obraz korków na zakopiance (tłumy wracające z krokusów), tabuny ludzi na szlakach… a ja teraz potrzebuje odetchnąć, odpocząć, poleżeć na kocu i mam taką ochotę posiedzieć nad rzeką. Północ i tam, gdzie nigdy nie byliśmy razem – Ponidzie i miłek wiosenny zamiast krokusa! Powinnam to hasło promować na FB, ale wtedy trzeba będzie załatwić ochronę dla miłków. Cudowne było to, że podczas naszej wycieczki spotkaliśmy jedynie dwóch rowerzystów. Pusto, pusto i mogliśmy nacieszyć się sobą. Czasem i tego potrzebujemy.

Miły kwiatek 🙂 wiosenny symbol Ponidzia… miły dla oka i serca – silnie działająca roślinna lecznicza między innymi na mięsień sercowy.

Wiślica

Wycieczkę rozpoczęliśmy bardzo niedzielnie – Mszą Św. i lodami… w Wiślicy. Jest to bardzo malutka miejscowość i budzi pewnie zdziwienie znajdująca się tam gotycka bazylika. Jednak gdy wczytacie się w historię Wiślicy, okazuje się że jest to bardzo stara i ważna miejscowość. Od 1 stycznia 2018 Wiślica ponownie jest pełnoprawnym miastem z prawami miejskimi i w ten sposób jest to najmniejsze miasto w Polsce (503 mieszkańców). Trzeba również wspomnieć, że w Wiślicy znajdziemy zabytki romańskie np. unikatowa płyta orantów z 1175 r. Natomiast dla łasuchów ważna będzie informacja, że na rynku można zjeść dobre, lokalne lody, które można tu już było próbować w 1956 r.

dzwonnica, bazylika kolegiacka Narodzenia Najświętszej Marii Panny w Wiślicy, Dom Długosza

Chotel Czerwony

Następnie pojechaliśmy do Chotelu, ale nie takiego z 5 gwiazdkami i SPA, ale pod gołym niebem. Zwiedziliśmy mały, gotycki kościółek i oglądaliśmy „jaskółcze ogony” – wychodnie gipsową. Nie obyło się bez góry 🙂 – zdobyliśmy pobliski szczyt i zrobiliśmy sobie piknik pod „jaskółczymi ogonami”.

Odsłonięcie geologiczne – zdjęcie z serii „geograf zrozumie” 🙂 i z pozdrowieniami dla Anety!!!
MATKA GEOGRAF 😀 więc trzeba podotykać
Rezerwat przyrody Przęślin, dla Hanki po prostu góra, góra, góra 🙂
I taki widok mieliśmy…
Piknik pod „jaskółczymi ogonami” 😀

Nida

Po odpoczynku w Chotelu, czyli już o 14 godzinie zaczęliśmy właściwą trasę, której celem było objechanie części doliny Nidy.

Krajobrazy dla nas dziwne – mało lasów, same pola i nigdzie nie ma rzeki… Nida okazała się trudno dostępna. Na mapie zdecydowanie łatwiej ją zauważyć niż w terenie. Rzeka posiada liczne zakręty, starorzecza i jest obrośnięta szuwarami, wysokimi trawami. Więc moje marzenie o zanurzeniu nóg w jednej najcieplejszych rzek w Polsce okazało się niemal nie możliwe (nie tylko ze względu na słaby dostęp do wody, ale i Hankę, która na pewno zrobiłaby to samo). Latem Nida osiąga 27 st. C. Nida posiada rozległą terasę zalewową, na obszarze której nie wolno się budować. Jest to teren dość dziki jak na polskie warunki. W najwęższym miejscu koryto rzeki ma 6 m., a w najszerszym 79 m. Nie jest też głęboka – od 0,4 do 2,6 m.

Udało nam się znaleźć cudowne miejsce na kocykowanie nad samą rzeką. Gdzie jednak nie byliśmy sami – zamiast ludzi towarzyszyły nam żaby, bociany, zające i sarny. Trzeba będzie wrócić nad Nidę, ale ze starszymi dziećmi i na kajaki. Myślę, że Ponidzie oglądane z rzeki jest dużo ciekawsze, niż z okien samochodu.

Pałosze tym razem z rzeką w tle…
i Hanka z ciastkiem
Nida
Wiosna na Ponidziu
Udało się nawet sfotografować bociany

Na zakończenie

Na koniec wyprawy pojechaliśmy do Pińczowa, gdzie niestety zjedliśmy niedobrą pizze… i nie mieliśmy już sił na zwiedzanie. Zamiast zwiedzania zabraliśmy Hankę na plac zabaw nad samą rzeką w miejscowości Chroberz. Wycieczkę zakończyliśmy wrzucając kamienie do Nidy… i trochę płaczem, że trzeba już wracać.

Posiadając swoje miejsce w górach trudno jest wybrać się gdzie indziej. Może dobrze robią takie momenty w życiu, które trochę nas zmuszają, żeby zobaczyć coś innego. Czasem lepiej zamienić krokusa na miłka wiosennego.