miłość

Mam taki swój ulubiony cytat o marzeniach:

„Mam całe stosy marzeń (…) To jest kwestia statystyki – jak Pan ma jedno marzenie, to jest spora szansa, że się nie spełni, ale jak Pan ma ich tysiące, to co chwila spełnia się któreś z nich. Właśnie na tej zasadzie mi się wciąż udaje realizować marzenia – stosuję teorię wielkich liczb i odrobinę wiedzy na temat statystyki.”
Wojciech Cejrowski

Staram się kierować tą prostą myślą… Jest w niej ukryta pewna prawda – żeby mieć dużo marzeń to muszą to być dość zwykle marzenia (Cejrowskiemu pewnie nie o to chodziło, bo on akurat robi wielkie rzeczy, ale w zwykłych czasem mu trochę nie wychodzi) i trochę tych niezwykłych również. A może inaczej, że trzeba doceniać zwykłe rzeczy i czasem naprawdę codzienne sprawy mogą być zrealizowanymi marzeniami.

Kiedyś wydawało mi się sprawą oczywistą, że będę miała męża, dwójkę dzieci i pracę, którą lubię. Każde dziecko tak myśli, że jako dorosły człowiek będzie herosem albo sławną osobą, a już na pewno, że będzie szczęśliwym człowiekiem. Potem z biegiem lat to się zmienia. Okazuje się, że nie jest to takie proste, że trzeba walczyć o swoje szczęście. Rzeczy, które kiedyś wydawały nam się naturalnym biegiem życia tak naprawdę nie są takie oczywiste.

MAŁŻEŃSTWO

Będę się powtarzać: mój Tomasz to mój osobisty cud! To nie jest tak, że się to stało i jest to normalna sprawa. To cud, że się wydarzyło w danym momencie życia, że się spotkaliśmy w tłumie i zauważyliśmy, że to prawdziwa miłość.

RODZINA 2+2

Zawsze marzyłam o przynajmniej dwójce pięknych dzieci. Wydawało mi się sprawą oczywistą, że dzieci rodzą się śliczniutkie, malutkie, pachnące i zdrowe. Hania zweryfikowała to myślenie. Z porodówki wróciliśmy do domu z pustym łóżeczkiem.  Ostatnio często wracał do mnie ten czas. Hania nauczyła mnie, że trzeba doceniać to co się ma. To nie jest oczywiste, że po porodzie słyszysz pierwszy krzyk dziecka i dostajesz bobasa do rąk. Hania nauczyła mnie, że wszystko jest możliwe… że wiara czyni cuda – to mój kolejny cud i zrealizowane marzenie! Było bardzo ciężko, ale wyszliśmy na prostą.

Znając naszą historię zrozumiecie, że gdy 6 czerwca o 23.20 na świecie pojawił się Ignaś – zdrowy, śliczny, malusi (ale przerósł nas wszystkich w swojej wadze urodzeniowej 3050 g), ja nie mogłam przestać się uśmiechać. To nie jest oczywiste, że rodzą się zdrowe dzieci… to jest cud. Dobrze, że jest to codzienny cud… Jak wiejski, pachnący chleb powszedni, który nigdy się nie nudzi. Jest codziennie, ale należy za niego dziękować i odnosić się z szacunkiem. Czasem go nie ma, a wtedy oznacza to wojnę albo inną klęskę żywiołową.

JESTEM SZCZĘŚLIWA Jestem tak bardzo szczęśliwa w tej nowej codzienności. Każdy dzień to moje zrealizowane marzenie. W końcu mogę poczuć jak to jest opiekować się maleństwem, mieć normalnie nieprzespane noce bez strachu o każdy oddech dziecka, karmić piersią. I pisząc ten post piję ciepłą herbatę!!! Myślę, że przeżywam to szczególnie, bo mam już dwójkę dzieci, ale nigdy nie miałam bobasa przy piesi i takiego mojego maluszka w ramionach. Hanka nauczyła mnie, że nie zawsze jest normalnie i teraz doceniam to jeszcze bardziej. A ona tak pięknie zareagowała na braciszka i jest taka duża i śliczna. Hanka to moja najpiękniejsza życiowa lekcja, która nauczyła mnie bycia szczęśliwą.

Dumna siostra 🙂

miszmasz

Tak siedzę w domu… w mieście. Maj i czerwiec to zawsze były moje najaktywniejsze miesiące w roku. Odkąd zajęłam się realizacją marzenia o własnej firmie i zabieraniu innych w ciekawe miejsca, maj i czerwiec kojarzył mi się z ciągłym przepakowywaniem i górami między czasie dla siebie, Tomka i potem też Hanki.  A chata w tym najpiękniejszym okresie wcale nie była odwiedzana tak intensywnie i nie było kiedy zrobić syropu z sosny, czarnego bzu. Doszłam to tego, że patrzę na ogrody innych ludzi z zazdrością, a u siebie nie mam kiedy nic posadzić i o nic zadbać. W maju i czerwcu zawsze coś się dzieje. Dobrze, że na ten rok postawiłam sobie wyzwanie i napisałam pracę podyplomową, którą właśnie skończyłam… to mnie jakoś uratowało przed poczuciem czasu nie wykorzystanego w pełni.

Majowa chata ginie w zieleni…

Ja już naprawdę nie mogę oglądać zdjęć na FB, bo mnie niesie, a musiałam się dostosować do wielkiego brzucha, słabości własnego ciała i małego człowieka, którego jeszcze nie ma… ale teraz to już kwestia dni :).

Zawsze mnie nosiło i teraz zaczęłam zastanawiać gdzie jest problem. W chacie mnie aż tak nie nosi… Opuszczam ją czasem podczas dłuższego pobytu np. miesięcznego bardziej z poczucia obowiązku i że trzeba gdzieś coś zobaczyć innego. Zrobiliśmy sobie z Tomkiem postanowienie, że co roku będziemy jeździć na tydzień jego urlopu gdzie indziej niż do chaty. W pierwszym roku się udało, a potem już nie. W tym roku też się nie uda, ale to już w trochę innych powodów.

Może problem nie jest w mieście, ale we mnie. Ja i moja siostra to chyba jedyne mi znane osoby, które rozpłakały się, że zostało im zaproponowane zjechanie kolejką z  Kasprowego Wierchu, a nie zejście. Zjechałam, bo buty były całe mokre i decyzja nie należała tylko do mnie.

Ciężkie były dla mnie ostatnie tygodnie w sposób przenośny i dosłowny. Udało się jednak odkryć kilka pozytywnych rzeczy np. pięknie kwitnące akację po drodze do przedszkola i że da się nic nie robić.  Może w życiu człowieka powinien być tak czas, kiedy się zatrzymujemy. Bardzo trudno mnie zmusić do zupełnie biernego odpoczynku. Na razie jedyną osobą której się to udało jest mały człowiek w moim brzuchu. Nawet Hanka mnie nie zatrzymała, a może nawet zmotywowała, żeby dać z siebie jeszcze więcej. Niektórzy chcą nam wmówić, że dzieci nic nie zmieniają w naszym życiu. A jednak zmieniają i to zanim się pojawią. Jeszcze będę musiała odpracować to majowe nieróbstwo…

Dzień Dziecka

Chciałam Wam jeszcze napisać coś górnolotnego o Dniu Dziecka, ale oczy mi się przymykają, więc odsyłam do życzeń z poprzedniego czerwca, kiedy byłam bardzo aktywna i mniej zmęczona: tutaj :).

i majowa Hanka z majowym kotem 🙂
ludzie

Dziś Dzień Matki i wszędzie króluje słowo mama… każdy coś chce powiedzieć, napisać, ale słowa i tak są puste…

Myślę, że dopiero będąc mamą można zrozumieć swoją mamę i otworzyć oczy – zobaczyć ogrom pracy, życia i serca, który włożyła w wychowanie swoich dzieci. Wydaj mi się też, że żadne dziecko nie jest w stanie oddać i wynagrodzić mamie lat i energii, którą włożyła w życie dziecka. Może tak ma być i taka nasza rola. My bierzemy od naszej mamy jej miłość, siłę, cierpliwość, aby potem oddać to naszym dzieciom. Nic tu nie ginie.

Z mamą i Hanią, dzięki której sama stałam się mamą…

Bycie mamą to dla mnie najtrudniejsze moje zadanie.

Dziś w dobie życia prywatnego, ale publicznego i na pokaz, gdzie każdy pokazuje najlepszą wersję siebie i nie do końca prawdziwą stawiamy sobie ogromne wymagania. Dążymy do idealnej matki z blogów, która zawsze jest uśmiechnięta. W internecie pokazywane są skrajności i w ten sposób mamy matkę spracowaną, która poranną kawę wypija wieczorem i jest szczęśliwa oraz matkę samorealizującą się, która z dzieckiem na ręku odhacza kolejne tropikalne miejsca na mapie i prowadzi super biznes super mamy. Na złoty środek nie ma tu miejsca….

Siedzę w pokoju, Hanka bawi się sama, a ja piję poranną kawę o 10.00 i coś jest nie tak, gdzie ta zimna kawa?? I gdzie te ważne, biznesowe maile?? Jestem zwykła i nie ma o czym pisać na FB. Mam też zwykłe dziecko i nie mogę się pochwalić, że czyta w wieku 2,5 roku… a może niezwykłe, bo w wieku 3,5 roku jeszcze nie mówi pełnymi zdaniami tylko wciąż po swojemu, a miała w ogóle nie mówić!

Super matki

Żyjemy w dziwnych czasach, kiedy sprawy zwykłe i normalne stają się niezwykłe i zasługują na najwyższe uznanie. Nagle bycie mamą staje się czymś nadzwyczajnym, czymś co wymaga nadmiernego wyrzeczenia i walecznej służy. Kobiety czekają na znak – macierzyński impuls, gdy już nic je nie cieszy i to dziecko kochane zanim się pocznie ma być lekarstwem na troski i codzienność. A przecież macierzyństwo to sprawa naturalna… taka ma być po prostu. Nigdy nie zastanawiałam się czy CHCE mieć dzieci, wydawało mi się, że tak ma być i to taki naturalny cykl.

Gdy czytam czasem posty koleżanek i rzucę okiem na tytułu wpisów na blogach to czuje się złą matką. Nie czytam pedagogicznych książek, wpisów o agresji, nie radzę się FB doradców. Bardzo kocham swojego męża jako swojego męża, a dopiero potem jako ojca moich dzieci. Jeżdżę do lasu i staram się nie myśleć o kleszczach, jeżdżę z Hanką autobusem, puszczam jej czasem (ostatnio częściej) bajki, żeby odpocząć, pozwalam jeść lody i bawić się w piasku. Czasem się na nią zdenerwuję i stracę cierpliwość. Wysłałam Hanię do przedszkola i dziękuję za te chwile dla siebie, które wcale nie są dla mnie, bo w tym czasie sprzątam i gotuję i odpoczywam. Tak jakoś się wydarzyło, że od kiedy Hanka jest w przedszkolu mi bardziej chce się spać i muszę bardziej dbać o siebie i nie długo godziny, które mam w domu sama będę musiała oddać.

Dziękuję!

Cieszę się, że moje dzieciństwo przebiegała w sposób naturalny i był czas na bycie dzieckiem i odkrywanie świata. Dziękuję swojej mamie za to, że chodziła z nami do lasu, robiła nam zagadki, pozwalała na bajki i swobodną zabawę i siedziała jak strażnik więzienia o zaostrzonym rygorze, gdy trzeba było nauczyć się czytać! Dziękuję za samodzielność i klucz na szyi. Za to, że miała dla nas czas i za to, że go czasem nie miała. Bez mamy odgrywały się najlepsze rzeczy w moim życiu i to dzięki mamie, że była z daleka. Przepraszam mamę za wszystkie złe słowa i wiele rzeczy – dopiero teraz widzę i wiem.

Chciałabym właśnie być taką mamą jak moja tylko trochę po swojemu 😀 …. nie sądziłam, że kiedyś będę tak myśleć ;).

Życzenia

A wszystkim mamą, życzę, aby umiały znaleźć złoty środek między miłością do dziecka, a do siebie. Szczęśliwa mama to szczęśliwe dziecko. Szczęśliwi rodzice to podwójnie szczęśliwe dziecko!

 

miłość

Jest taka chwila w ciągu dnia, która daje nam odpowiedzi, sprawdza czy jesteśmy szczęśliwi i weryfikuje nasze życie.  Jest to wieczór, moment gdy kładziemy głowę na miękką poduszkę i jeszcze chwilę nie śpimy. Do głowy przychodzą podsumowania, plany na następny dzień i marzenia. Z perspektywy czasu widzę jak w moim życiu zmieniała się ta ważna chwila.

Gdy dzień przechodzi w noc…

Kiedyś…

Gdy byłam nastolatką był to czas marzeń. Snułam wizje idealnej miłości i gdy miałam szczęście udawało mi się tak zaprogramować sen. Wspominam swoje nastoletnie życie jako dobre, ale i bardzo burzliwe. Miotałam się między przedsennymi wyobrażeniami, a rzeczywistością, czasem dość szarą i smutną. W tym czasie przeżywałam pierwszą wielką miłość i pierwsze jeszcze większe rozczarowanie.

Potem zawsze gdy kładłam się do łóżka z żalem stwierdzałam, że jest coś nie tak jak powinno. Dni mijały wypełnione pracą, ludźmi i samorealizacją, a wieczorem okazywało się, że czegoś brakuje. Dobrze wiecie czego… ciepła drugiego ciała i spokojnego oddechu ukochanej osoby.

Wieczór teraz

Teraz często moje dni nie są tak intensywne jak kiedyś, nie ma w nich tylu ludzi i są dużo bardziej spokojne. Za to wieczór jest idealny. Uwielbiam ten moment dnia, kiedy mogę przytulić się do ukochanego człowieka. Czasem rozmawiamy, a czasem milczymy. A ja w tym czasie w głowie dziękuję i wyliczam sobie ile dobra mam w swoim życiu. Snuje plan na następny dzień i modle się z wdzięcznością. Wiem, że jestem w odpowiednim miejscu. Teraz wieczór nie jest dla mnie czasem marzeń czy użalania się nad sobą, ale czasem dziękowania i realnych planów na przyszłość. Oczywiście i mi zdarzają się gorsze wieczorne godziny, gdy zaczynam wątpić czy się bać… ale nad swoimi wieczorami trzeba pracować jak nad całym swoim życiem.

Jeśli kładziesz się ze smutkiem do łóżka to może watro to przemyśleć. Gdy byłam nastolatką radzono mi, abym napisała na lustrze, że jestem piękna i szczęśliwa, abym z tymi słowami wstawała rano. Teraz już wiem, że nie tędy droga. Rób to wieczorem przed spaniem. A właściwie nie to. Wyliczaj sobie ile dobrych i realnych rzeczy jest w Twoim życiu i dziękuj. Może gdy zmieniają się wieczory to zmienia się życie.

Niektórzy ludzie boją się konfrontacji z tym wieczornym czasem i siedzą przed komputerem, książką póki nie zasną albo imprezują co wieczór. To chyba też nie jest dobra ścieżka. Czasem warto przyjrzeć się sobie.

O dziwo w chacie miewam gorsze wieczory. Powodem tego stanu jest na pewno brak porządnego łóżka… (chyba się starzeje hehe!!!) i cisza, do której nie jestem przyzwyczajona i nadsłuchuję odgłosów lasu. Wieczór weryfikuje moje próby górskiego życia i okazuje się, że jest jeszcze we mnie wiele strachu. Muszę nad tym popracować!

Chata w nocy… (fot. G. Szarek)
ludzie, miłość

Kolejny już wpis urodzinowy – trzeci na blogu… oznacza to, że leci nam trzeci rok z Pałoszówką. Mogłoby się wydawać, że chata nam się znudziła, bo nas tam wcale nie ma (od prawie 2 miesięcy już). To nieprawda. W Krakowie zatrzymują mnie studia, które przybliżają mnie do marzenia o agroturystce i oprócz tego, że dadzą mi kwalifikacje rolnicze to czasem czegoś ciekawego się na nich dowiem. A najważniejsze to poznaje nowych ludzi! Gdy skończę studia, dalej będzie się Wam wydawało, że chata nam się znudziła i wciąż będzie to nieprawda. W Krakowie pewnie zatrzyma nas ktoś nowy i mały… mam nadzieje, że nie na długo i szybko pojedziemy już w czwórkę do lasu. Jednak trudno w tej sytuacji planować jak to będzie. Hanka już mnie tego nauczyła.

31 urodziny

Przeczytałam sobie dwa poprzednie urodzinowe wpisy z 29 urodzin i z 30. Zastanawiam się  o czym napisać, żeby się nie powtarzać… jak zawsze mam w głowie myśli o przemijającym czasie i o tym, co udało się zrobić, a czego nie. Myślę o spełnionych marzeniach i o tym co mnie jeszcze czeka. To chyba normalne urodzinowe myśli.

Napiszę o ludziach… to będzie trochę gorzkie i trochę słodkie. Ostatnio zadziwia mnie które moje znajomości i przyjaźnie przetrwały. Okazuje się, że osoby, o których często myślałam, że będą na całe moje życie już odeszły, albo prawie. Jest wiele pozytywnych zaskoczeń i mimo, że czasem wydało się, że ktoś już na zawsze opuścił mój szlak życia, to na niego wraca. Mam wielu dobrych ludzi. Jednak te kontakty są dość rzadkie… i to jest gorzkie i normalne. Człowiek w codzienności jest sam. Skończyły się czasy, gdy prawie codziennie wychodziło się z grupą znajomych na piwo. Słodkie jest to, że nie przeszkadza mi to tak bardzo, bo mam Tomka i z nim czuje się najlepiej. Dzięki temu nigdy nie jestem sama. Dziękuję!

Dziękuję też tym, którzy czasem wchodzą w moją codzienność!

Dla poprawnych relacji damsko-męskich bardzo ważne jest to, żeby byli inni ludzie. Jakie to cudowne, gdy dostrzegam piękno i mądrość w moim mężu w towarzystwie – jestem wtedy taka dumna. Czasem też potrzebujemy od siebie odpocząć i pogadać z kimś innym. Pewnie trzeba też troszkę ponarzekać.

Życzę sobie i Wam takiego jednego najważniejszego przyjaciela na zawsze i wielu innych, którzy pojawiają się we właściwym momencie! Oby trwali przy nas jak najdłużej, a my przy nich w dobrych i złych momentach!

PS: Przeglądam zdjęcia do wpisu i uświadomiłam sobie jak bardzo, bardzo tęsknie za chatą!! ale zdjęcie nie będzie z chaty jednak 😛 tylko takie sprzed 10 lat i z czasów kiedy chciało mi się organizować urodziny w knajpie heheh… Oglądam zdjęcia z pewnym zadziwieniem, kto tam wtedy był… ale zamieszczę te z tymi, którzy w moim życiu i w moich myślach dalej są obecni! 🙂

miejsca

Są takie dwie turystyczne piosenki, które bardzo lubię i nie kojarzą mi się one z górami jak większość. Jedna bardzo słusznie, bo opisuje wiosnę w krainie, która zawsze była w mojej głowie, ale jakoś trudno było mi się tam wybrać. Druga opisuje rzekę. Myślę, że nie konkretną, ale gdy ją słucham zawsze widzę Nidę, a właściwie jej meandrujący obraz na mapie (geograf zrozumie).

I jest – piękny wiosenny weekend, idealny, aby poleżeć na przełęczy 🙂 i w końcu skosić trawę. Trochę boję się, że chata zarosła wiosną. Jedynak w sobotę w mieście przytrzymał mnie wieczór panieński i ogromna przyjemność poprowadzenia warsztatów kosmetycznych! Każda kobieta przeżywa swój wieczór panieński raz (teoretycznie), a ja do chaty mogę jechać zawsze (teoretycznie).  Z idealnego na góry weekendu została niedziela. Już wyleczyliśmy się z wyjazdu na Kretówki na jeden dzień, więc trzeba było wymyślić coś innego… Kierunek południe jak zawsze wydał nam się atrakcyjny, ale nagle przeszedł obraz korków na zakopiance (tłumy wracające z krokusów), tabuny ludzi na szlakach… a ja teraz potrzebuje odetchnąć, odpocząć, poleżeć na kocu i mam taką ochotę posiedzieć nad rzeką. Północ i tam, gdzie nigdy nie byliśmy razem – Ponidzie i miłek wiosenny zamiast krokusa! Powinnam to hasło promować na FB, ale wtedy trzeba będzie załatwić ochronę dla miłków. Cudowne było to, że podczas naszej wycieczki spotkaliśmy jedynie dwóch rowerzystów. Pusto, pusto i mogliśmy nacieszyć się sobą. Czasem i tego potrzebujemy.

Miły kwiatek 🙂 wiosenny symbol Ponidzia… miły dla oka i serca – silnie działająca roślinna lecznicza między innymi na mięsień sercowy.

Wiślica

Wycieczkę rozpoczęliśmy bardzo niedzielnie – Mszą Św. i lodami… w Wiślicy. Jest to bardzo malutka miejscowość i budzi pewnie zdziwienie znajdująca się tam gotycka bazylika. Jednak gdy wczytacie się w historię Wiślicy, okazuje się że jest to bardzo stara i ważna miejscowość. Od 1 stycznia 2018 Wiślica ponownie jest pełnoprawnym miastem z prawami miejskimi i w ten sposób jest to najmniejsze miasto w Polsce (503 mieszkańców). Trzeba również wspomnieć, że w Wiślicy znajdziemy zabytki romańskie np. unikatowa płyta orantów z 1175 r. Natomiast dla łasuchów ważna będzie informacja, że na rynku można zjeść dobre, lokalne lody, które można tu już było próbować w 1956 r.

dzwonnica, bazylika kolegiacka Narodzenia Najświętszej Marii Panny w Wiślicy, Dom Długosza

Chotel Czerwony

Następnie pojechaliśmy do Chotelu, ale nie takiego z 5 gwiazdkami i SPA, ale pod gołym niebem. Zwiedziliśmy mały, gotycki kościółek i oglądaliśmy „jaskółcze ogony” – wychodnie gipsową. Nie obyło się bez góry 🙂 – zdobyliśmy pobliski szczyt i zrobiliśmy sobie piknik pod „jaskółczymi ogonami”.

Odsłonięcie geologiczne – zdjęcie z serii „geograf zrozumie” 🙂 i z pozdrowieniami dla Anety!!!
MATKA GEOGRAF 😀 więc trzeba podotykać
Rezerwat przyrody Przęślin, dla Hanki po prostu góra, góra, góra 🙂
I taki widok mieliśmy…
Piknik pod „jaskółczymi ogonami” 😀

Nida

Po odpoczynku w Chotelu, czyli już o 14 godzinie zaczęliśmy właściwą trasę, której celem było objechanie części doliny Nidy.

Krajobrazy dla nas dziwne – mało lasów, same pola i nigdzie nie ma rzeki… Nida okazała się trudno dostępna. Na mapie zdecydowanie łatwiej ją zauważyć niż w terenie. Rzeka posiada liczne zakręty, starorzecza i jest obrośnięta szuwarami, wysokimi trawami. Więc moje marzenie o zanurzeniu nóg w jednej najcieplejszych rzek w Polsce okazało się niemal nie możliwe (nie tylko ze względu na słaby dostęp do wody, ale i Hankę, która na pewno zrobiłaby to samo). Latem Nida osiąga 27 st. C. Nida posiada rozległą terasę zalewową, na obszarze której nie wolno się budować. Jest to teren dość dziki jak na polskie warunki. W najwęższym miejscu koryto rzeki ma 6 m., a w najszerszym 79 m. Nie jest też głęboka – od 0,4 do 2,6 m.

Udało nam się znaleźć cudowne miejsce na kocykowanie nad samą rzeką. Gdzie jednak nie byliśmy sami – zamiast ludzi towarzyszyły nam żaby, bociany, zające i sarny. Trzeba będzie wrócić nad Nidę, ale ze starszymi dziećmi i na kajaki. Myślę, że Ponidzie oglądane z rzeki jest dużo ciekawsze, niż z okien samochodu.

Pałosze tym razem z rzeką w tle…
i Hanka z ciastkiem
Nida
Wiosna na Ponidziu
Udało się nawet sfotografować bociany

Na zakończenie

Na koniec wyprawy pojechaliśmy do Pińczowa, gdzie niestety zjedliśmy niedobrą pizze… i nie mieliśmy już sił na zwiedzanie. Zamiast zwiedzania zabraliśmy Hankę na plac zabaw nad samą rzeką w miejscowości Chroberz. Wycieczkę zakończyliśmy wrzucając kamienie do Nidy… i trochę płaczem, że trzeba już wracać.

Posiadając swoje miejsce w górach trudno jest wybrać się gdzie indziej. Może dobrze robią takie momenty w życiu, które trochę nas zmuszają, żeby zobaczyć coś innego. Czasem lepiej zamienić krokusa na miłka wiosennego.

chata, miejsca

Agroturystyka – pomysł na życie, który u mnie swój początek miał w marzeniu o prowadzeniu schroniska górskiego. Były nawet poważne rozmowy i odłożone pieniądze na sam początek. Była nawet mała praktyka w schronisku z super gospodarzami, którzy odradzili mi prowadzenie miejsca, o którym myślałam. Teraz sami mają agroturystykę.

Z perspektywy czasu tak bardzo się cieszę, że nie podjęłam się tego szalonego pomysłu. Gdybym popełniła ten życiowy błąd to nie poznałabym Tomka, który na pewno nie zapędziłby się sam w Beskid Niski. Są też inne powody. Po pierwsze moją wspólniczką miała zostać osoba, która mnie kompletnie rozczarowała i która miała zupełnie inną wizję życia, a w szczególności sposób patrzenia na kasę. Po drugie nie chciałabym prowadzić schroniska górskiego.

Sama nigdy specjalnie nie przepadałam za schroniskami – kiepskie warunki, duże ceny, zwykle zmęczona i zniechęcona obsługa. Nie ma co się dziwić jak tyrasz całymi dniami na dzierżawę dla PTTK i ZUS… a turyści?? Czasem szkoda słów – roszczeniowi, narzekający… a czasem jest ich po prostu za dużo, albo za mało… Nie ma miejsca w dużym schronisku na rozmowy i poznawanie swoich „gości”.

Jest kilka schronisk, w których czuje się dobrze i chce tam wracać, ale wymienię tylko moje dwa ulubione: nad Smolnkiem (Bieszczady) i w Dolinie Roztoki (Tatry). Nie mogę też zapomnieć o Cyrli, o której myślę jako o dobrych sąsiadach, a nie jako o schronisku.

Schronisko nad Smolnikiem

Agroturystyka jest dla mnie doskonałym rozwiązaniem 🙂 …

  • w planach wyjazdowych, zaraz obok studenckiej bazy noclegowej (którą uwielbiam ponad wszystko)
  • w dalekich planach życiowych – ja jako gospodyni 😀

POWÓD 1 – goście!!!

W agroturystyce powinno nie być klientów, tylko goście w naszym domu.

Gdy myślę o swoich wyjazdowych planach i mam ochotę pobyć z kimś wartościowym to zwykle wybieram gospodarstwo agroturystyczne.

Mam takie piękne, cudowne miejsca na liście swoich ulubionych, gdzie najpiękniejsi są gospodarze! Bardziej niż dla wspaniałego wnętrza, górskich krajobrazów jadę tam do konkretnej osoby, na konkretne dyskusje.

Właśnie taką gospodynią chciałabym być, do której przyjeżdżają goście. Dzięki temu mimo mieszkania w lesie, „na zadupiu” nie będę czuła się samotna. Będę mogła częściej spotykać ludzi i prowadzić prawdziwe rozmowy.

W agroturystyce właśnie ten kontakt jest bardzo ważny. Niestety, są agroturystyki, gdzie nie chodzi o gości, ale o „miliony monet”… Każdy, kto prowadzi biznes wie jak ważne jest zarabianie… ale w każdym biznesie jest źle, gdy pieniądze przysłaniają pasje i innych ludzi. Pieniądze za dobrze wykonaną prace są niezbędne i każdy gospodarz musi mieć z czego utrzymać dom, rodzinę i gości. Jednak od razu da się wyczuć, kto zagląda nam tylko do portfela, a nie w serce. Przykład: pod Krakowem jest miejsce, gdzie gospodyni wychodzi tylko po to, aby wystawić Ci fakturę… bardzo miła i sympatyczna, gdy regulujesz należność i wcześniej przez telefon, gdy ustalasz wysoką cenę za pieczenie kruchego ciasta z dziećmi.

Na szczęście jest dużo więcej pozytywnych miejsce, gdzie przyjeżdżasz do gospodarzy, a zostawiasz przyjaciół.

Odsyłam Was do Jolinkowa. Jest to miejsce, które oprócz Pałoszówki odwiedzam najczęściej i zabieram tam sobie najbliższe osoby. O tym wszystkim przeczytacie tu (są też zdjęcia). Właśnie w ostatni weekend organizowałam u Joli wieczór panieński i jak zawsze było cudownie i tym razem bardziej twórczo, bo robiłyśmy swoje kosmetyki. To czas z Jolą i wspólne rozmowy zainspirowały mnie do napisania o swoim marzeniu o agroturystyce.

Zapraszam Was też do Chaty na Bucniku, Chaty nad Wisłokiem, Starej Farmy

POWÓD 2

Agroturystyka to jedyne takie miejsce noclegowe, gdzie goście przyjeżdżają do Twojego domu i życia i muszą to uszanować. W schronisku musisz być 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu… a w agroturystyce wtedy, gdy się umówisz. Goście powinni uszanować to, że chcesz wyjść do kościoła. Możesz ustalić sobie urlop nawet w lipcu i zamknąć dom i jechać na bazę namiotową. Nie jest to takie proste, ale teoretycznie możesz 😀 .

Prowadzenie agroturystyki to nie jest praca, to jest sposób na życie…

bardzo trudny i nie dla każdego, bo tu nie ma rozdzielenia na to co jest pracą, a co czasem wolnym… co jest domowym obowiązkiem, a zobowiązaniem wobec innych…

A na koniec musi być kot 🙂 to taka nagroda, że doczytaliście do końca i zagadka: Gdzie mieszka ta piękna kotka?? 😀

miłość

Dziś będzie o kobietach na Dzień Kobiet. Może powinien napisać ten wpis mężczyzna? Będzie jednak o kobietach na Dzień Kobiet przez kobietę 🙂 i przez to będzie jednostronnie.

Podziwiam kobiety… Czasem nie mogę się przestać dziwić. A może przykład:

Ona – właścicielka firmy, mama dwójki dzieci i zadbana żona

Jedziemy autem. On wciśnięty z tyłu między dzieci, ona prowadzi samochód. Do niego dzwoni Pani z banku i rozmawia z nim o jego sprawach, ale on daje telefon jej, bo to ona wie…

Nie mogę przestać dziwić się ile potrafią ogarnąć kobiety…

ale… zapomniałam o wstępie

Ten świat jest tak cudownie zrobiony, że kobieta i mężczyzna się uzupełniają i są sobie wzajemnie potrzebni i równi – tu nie ma lepszych i gorszych. Kropka, bo dla mnie to taki aksjomat i nie będę się rozpisywać.

Podziwiam kobiety za upór, siłę i mądrość.

Podziwiam je za to, że potrafią łączyć bycie mamą, żoną i bizneswomen. Jestem również pełna uznania dla kobiet, które pełnią jedną z tych ról. Tak pięknie potrafimy wypełniać swoje powołania.

Ostatnio słuchałam o. Szustaka, który pięknie mówił o kobietach i ich roli (posłuchajcie, tylko dla Pań!). Kobiety prowadzą do Boga, do zbawienia. Myślę, że to jest właśnie najważniejsza nasza rola. W każdej funkcji, którą spełniamy, mamy prowadzić do Boga jako mamy, żony, przyjaciółki. To my musimy dbać o niebo dla naszych mężów i dzieci. Oczywiście mamy moc, żeby to kompletnie zniszczyć.

Nienawidzę kobiet za ich nienawiść.

My potrafimy mocno odczuwać i czasem nie potrafimy kierować emocjami. Krzywdzimy się nawzajem i porównujemy.

Przykład: macierzyństwo

Poczytajcie blogi o macierzyństwie i komentarze – włos się jeży!!!

Która urodziła więcej, która może nazywać się matką, a która nie, która miała cięższy i dłuższy poród, która urodziła przez cc (to już nie kobieta wg. niektórych Pań), która dłużej karmiła piersią, która wcale nie karmiła, która daje Gerbreki i sok z cukrem, która kupiła wolnoobrotową sokowirówkę za 5 tys. zł, która posłała dziecko do żłobka, która siedzi z dzieckiem w domu, która całuje stopki, a która nie… która wcale nie jest mamą

Jednak nie czytajcie!

Każda mama wie co jest najlepsze dla jej dziecka i każda mama jest w innej sytuacji rodzinnej, finansowej i psychicznej i daje ile może sobie, mężowi i dziecku. To też powinien być aksjomat.

Są złe matki, bo nie potrafią, bo same są zagubione, bo same nie zaznały miłości… a nie dlatego, że są po prostu złe i trzeba je zrównać z błotem. Może trzeba popatrzeć szerzej, a nie krytykować i pisać, że ja jestem lepsza.

Są kobiety, które nie są matkami z własnego wyboru lub z wyboru losu. Im też należy się szacunek. Brak powołania lub możliwości do bycia mamą nie jest powodem do powątpiewania w czyjąś kobiecość.

Są kobiety, które realizują się w domu tzw. „kury domowe”. One też są pełnowartościowe i odwalają kawał dobrej roboty… chociaż dzisiejszy świat przelicza nas na pieniądze, a taka kobieta bezpośrednio nie podnosi dochodu gospodarstwa domowego. Popatrz szerzej – pośrednio jak najbardziej tak, bo nie potrzebujesz opiekunki do dziecka, sprzątaczki, kucharki itd… Dom jest czysty, dzieci szczęśliwe, tylko ona czasem zmęczona i niedowartościowana i szara… dlaczego?

Ja teraz też jestem kobietą, która siedzi w domu… i mój mąż wraca do mnie z niedoczekaniem i uśmiechem na twarzy z pracy.

Każda kobieta jest inna i każda wspaniała.

Ktoś kiedyś powiedział, że nie ma brzydkich kobiet, są tylko niekochane. A ja dopowiem, że są niekochane przez siebie. To jest nasza tajemnica, siła i mądrość: miłość. To jest nasza kobiecość. Ale żeby pokochać świat, mężczyznę, dzieci, w pierwszej kolejności trzeba pokochać siebie! Kochane, w końcu stworzył nas Bóg, a On tworzy tylko to co piękne i dobre!

Czasem sobie to utrudniamy same i sobie nawzajem… odsyłam wyżej.

Z okazji Dnia Kobiet życzę Wam miłości do samych siebie! Wtedy wszystko będzie na swoim miejscu!

I na sam koniec jeszcze raz:

Kobiecość to miłość!

chata

My i chata – Justyna i Tomek

Jesteśmy mieszczuchami, którzy próbują z różnymi efektami żyć w górach… na razie na 1/10 etatu. Naszym wielkim marzeniem jest kiedyś na stałe mieszkać w górach. Nie lubimy samotności, więc chcielibyśmy zaprosić do naszego życia w górach gości i przyjaciół. Choć jak każde zdrowe małżeństwo lubimy się czasem „pokokosić” we własnym towarzystwie 😉 .

Jesteśmy też rodzicami Hanki…

a od 6 czerwca 2018 rodzicami Ignasia

Chata

Chata lubi gości! Zasada jest taka, że może nas odwiedzić prawie każdy. Napisałam prawie, bo nie każdy będzie chciał. Warunki w Pałoszówce nie są luksusowe, a nawet nie są schroniskowe. Z racji rozmiarów w chacie nie ma za bardzo prywatność (jest ogromy las wokół, gdzie można się zaszyć). Śpimy na poddaszu na trzech dostępnych łóżkach lub podłodze. Jest też salon, gdzie nocujemy my i osoby, które z jakiś powodów nie mogą na górze lub tam się nie mieszczą. W chacie jest dostępne łóżeczko turystyczne dla niemowlaka.

Jest mała kuchnia, gdzie wszyscy razem gotują i sprzątają (są w niej wszystkie niezbędne sprzęty i naczynia). W łazience ta zasada nie obowiązuje i każdy może, na nawet powinien z niej korzystać sam lub w parze. Łazienka na zimę zamienia się w Syberię, a lato w miejsce, gdzie można zaznać przyjemnego chłodu.

Jest też taras (bez barierek zabezpieczających dla dzieci), który latem zamienia się w jadalnie albo miejsce do relaksu.

jak widać nie tylko latem, jesienią też sprawdza się jako miejsce do spania… ale ja uwielbiam czuć chłód na twarzy

W chacie jest prąd i woda (zakręcana na zimę). Nie ma Internetu, ale za to są problemy z zasięgiem, więc na telefonie też nie ma :P.

Aby przyjechać do chaty trzeba się upewnić czy jesteśmy i się zapowiedzieć (będzie to szczególnie ważne w sezonie letni 2018, bo pewna osoba na pewno trochę przytrzyma nas w mieście). W chacie nie jako jesteście trochę skazani na nasze towarzystwo i na pewne prace domowe np. pomoc w przygotowaniu ogniska, umycie naczyń, zabawę z Hanką…

Nie mamy cennika, bo nie popieramy opłat za nocleg itp… ale można nas wesprzeć i wrzucić pieniążka do skarbonki sowy, która zbiera na remont chaty.

Co można u nas robić?

  • Odpoczywać i spać, nawet po południu;
  • Czytać książki – mam już małą biblioteczkę z książkami o tematyce górskiej i przyrodniczej;
  • Wyżywać się artystycznie – latem 2017 królował decoupage (efekty widać w chacie). Jestem otwarta na wszelkie plastyczne, techniczne pomysły;
  • COŚ DLA KOBIET: kule, mydła, peelingi – trzeba tylko zapowiedzieć wcześniej co chcesz robić;
  • COŚ DLA MĘŻCZYZNY: męskie wyzwania – np. rąbanie drewna w sam raz dla korpoludków, spacer po wodę do źródła Św. Kingi w sam raz dla leniuchów lub pracujących nad swoją sylwetką;
  • Zbierać zioła, kwiaty, owoce leśne, grzyby, kamienie (przydadzą się do ogródka), gotować potrawy z darów lasu;
  • Chodzić na spacer, wędrówki, wyrypy;
  • Siedzieć przy ognisku, śpiewać, rozmawiać;
  • Oglądać wschody i zachody słońca z przełęczy;
  • Leżeć na trawie;
  • Chodzić na pyszne obiady do sąsiadów, czyli na Cyrlę;
  • a gdy będzie potrzeba przekonania się, że wcale nie tęsknimy za miastem można do niego pojechać np. do Krynicy. Naprawdę człowiek szybko wraca do lasu.
Zajęcia wieczorne w domu 😀
i zajęcia wieczorne na przełęczy, czyli wygibasy na trawie

Chatkowe ABC

Pałoszówka to chata dla przyjaciół i strudzonych wędrowców

A szczególnie dla tych, którzy potrafią docenić jej piękno, górską lokalizację i czyste powietrze

Ładnie dziękujemy, tym którzy dbają o porządek i klimat chaty

Ognisko rozpalamy w miejscu wyznaczonym i używamy do niego drewna z lasu

Smutki i śmieci zabieramy ze sobą

Zbieramy na remont chaty, jeśli chcesz nam pomóc wrzuć pieniążka do sowy

Ósma zasada będzie najważniejsza

W chacie obowiązuje dobry humor, współpraca i współodpowiedzialność – razem sprzątamy, gotujemy, jemy i relaksujemy się

Kłótnie, bójki, niepotrzebnie wylane łzy są zabronione

A my (Justyna, Tomek, Hania) życzymy cudownych chwil w Pałoszówce!

chata, dziecko w chacie

To będzie bardzo polski wpis… z narzekaniem. A może uda mi się tak posmęcić, żeby nie było smutno. Zima w chacie nas przerosła.

Chata zimna i zmrożona… a w środku z godziny na godziny coraz cieplej… ale jest jedno miejsce, gdzie panuje wieczna zmarzlina…

Uwielbiam słoneczną i mroźną pogodę, gdy pod nogami skrzypi mi śnieg, a w twarz szczypie mróz. Zima nie przeszkadzała mi kiedyś… mogłam jeździć w góry i odkrywać bajkowy świat z pięknymi widokami. Teraz jestem mamą i okazało się, że Hanka jeszcze nie umie cieszyć się zimą i wędrówki z nią są powolne, a przez co jest mi za zimno… a najlepiej Hance jest na placach u taty i potem musi dwie godziny odtajać przy kominku. Jako mama małego dziecka nie lubię zimy – męczy mnie ubieranie, zastanawianie się czy dobrze ją ubrałam i gdzie my się wysikamy i to w kombinezonie. A może trzeba ubrać 3,5- letniemu, dawno odpieluchowanemu, dziecku pampersa (o zgrozo, ale wystawiać pupę przy -10).

Zima w chacie

Wydawało mi się, że będzie jakoś milej i łatwiej. Myślałam o krótkich spacerach w słońcu, lepieniu bałwana i o powrotach do ciepłej herbaty przy kominku. Okazało się, że nie było słońca i nawet krótkich spacerów: Hanka doszła za płot i resztę czasu spędziła na tarasie a potem w oknie…

Zabawa na tarasie
Najpiękniejsza zima to ta oglądana z okna ciepłej chaty…

Był za to kominek, przy którym pewnie temperatura osiągała nawet 30 st. C. Grzejesz się miło i pijesz ciepłą herbatę, rozbierasz się do podkoszulka, gdy nagle czujesz ucisk na dole i trzeba wybrać się na Syberię…. Podczas tego pobytu nasza łazienka zyskała nowe imię: Syberia, czyli tam gdzie woda zamarza… Ubierasz się i wychodzisz z tropików w salonie. Musisz w szybkim czasie przebrnąć przez przedpokój, gdzie już panuje klimat rosyjskiej wiosny, czyli wieczne plus 7… co następuje potem? Każdy może sobie wyobrazić.

Nie zdawałam sobie też sprawy z tego jaki zbawienny jest zimą ciepły prysznic, o którym marzyłam od kiedy przyszliśmy do chaty. Woda na zimę jest zakręcona, więc zostaje noszenie wody ze studni, grzanie jej na piecu i mycie po harcersku, w misce w kuchni. Nawet jakbyśmy wodę odkręcili i uruchomili prysznic nie wiem czy by znalazł się śmiałek, który rozebrał by się na Syberii.

Myślę, że rzeczy, o których piszę nie przeszkadzałyby mi kilka lat wcześniej… ale teraz gdy jestem mamą to zwracam na pewne rzeczy bardziej uwagę. Poczekam aż moje dzieci będą starsze i nie będzie mi przeszkadzała Syberia, chodzenie po drewno i będą same wychodzić na zimowe słońce, cieszyć się śniegiem. A najlepiej poczekam aż chata będzie szczelna, ciepła i po remoncie. Teraz mówię zimie i dzieciom w chacie: nie. Gdy jesteśmy z Tomkiem sami to jest zupełnie inaczej, bo chodzimy na długie spacery i grzejemy się przy obiedzie na Cyrli. Jednak jesteśmy rodzicami i chcemy spędzać czas razem. Chcieliśmy Hani pokazać zimę w górach i życie w drewnianej, nieszczelnej chacie, gdy za oknem mróz. Cel osiągnięty i odhaczony. Teraz czekam aż sama nas zacznie prosić, żebyśmy pojechali… 🙂

Zima w mieście

Nie lubię zimy w mieście… ale po takich kilku dniach w chacie doceniam drobne, oczywiste, miejskie przyjemności: ciepłą, bieżącą wodę, kaloryfer i stałą temperaturę w całym domu. I nawet mogę iść do galerii na zakupy 😀 . Nie poznaję się. I jest internet… Super!