chata, miłość

Gdybym miała wybrać kolor dla mojego serca to wybrałabym zielony. Może trochę dlatego, że to ulubiony kolor Tomka, a w moim sercu jest go bardzo, bardzo dużo.

Gdybym miała wybrać materiał, z którego wystrugane, zlepione jest moje serce, byłoby to drewno…

WIELKIE, ZIELONE, DREWNIANE SERCE – ładnie mi to wyszło i na pewno bardzo naturalnie.

Zielona strona

Przeczytałam dziś rano wpis pewnej pani na fb z pytaniem jak oni to robią… Ona żyje w mieści, w bloku i tego nienawidzi, ale ma kredyt, 2 dzieci i nie wie jak ogarnąć wyprowadzkę na wieś. Za co?? Chciałam jej coś odpisać. Powiedzieć, że na wsi też nie będzie szczęśliwa…

Kiedyś odpowiadałam, że jestem z Krakowa, ale serce mam z Beskidu Niskiego… i pewnie gdzieś jest w tym trochę prawdy. Moje serce wystrugał stary Łemko z kawałka bukowego drewna i rzucił w świat. Ono z czasem obrosło w zielony mech, czasem się ośnieżyło, a innym razem ktoś zrobił w nim dziurę. Teraz pokrywa je krakowski smog. Teraz trzyma je w rękach mój mąż, który je chroni, grzeje i daje mu dom. Teraz rozchwytują je moje dzieci. Jest szczęśliwe… gdziekolwiek.

To nie zależy od tego gdzie mieszkasz. Możesz mieć piękny, drewniany dom z widokiem na Tatry i być niezadowolony. A możesz wieczorem siadać na kanapie w swoich 36 m kwadratowych i stwierdzić, że to jest to, że kochasz swoje życie, nawet tu w wielkiej płycie na osiedlu.

Ktoś napisał tej Pani, że kosztowało go to 15 lat życia. 15 lat wyrzeczeń w imię mieszkania na wsi, po zielonej stronie życia. Nie chce poświęcać swojej teraźniejszości w imię przyszłości w górach. Chce żyć tu i teraz całą pełnią i całą sobą. A moje zielone, drewniane serce oddycha krakowskim powietrzem i tańczy… Trzeba umieć być szczęśliwym w każdym miejscu.

Jak ja tego nie zrobię

Kupno chaty było pierwszym krokiem do przeprowadzki. 3 lata temu myślałam, że będzie to chwila, rzucimy wszystko i wyjedziemy z miasta. Teraz patrze na to inaczej. Nie chce brać kredytu, sprzedawać mieszkania i patrzyć jak będzie. Ubiegać się o gości – klientów, bo trzeba spłacić bank.  Marzy mi się, że będę spokojnie zasypiać w pokoiku na poddaszu w Pałoszówce ze świadomością, że moje dzieci są zabezpieczone, a ja z Tomkiem na starość możemy wrócić do miasta (późna starość w górach nie jest przyjemna). Jestem wygodna i nie umiem wyjść ze strefy komfortu. A może inaczej… potrafię być szczęśliwa w mieście. Uczę się doceniać każdy dzień życia… tęskno mi za tą moją zieloną stroną, ale…

miłość, wdzięczność

U nas już tak jest… że każdy rok jest lepszy od poprzedniego. A może to my jesteśmy inni, starsi i wciąż uczymy się być bardziej szczęśliwi. Dlatego ten rok będzie jeszcze lepszy!

Uwielbiam swoje dorosłe życie. Nie chciałabym się cofać w czasie. Swoją młodość wspominam jako dość burzliwy i emocjonalny czas. Teraz jestem dorosła mogę tańczyć z dzieckiem na rękach i słuchać Kelly Family i mam w nosie, że to nie modne i stare. Kiedyś martwiłam się tym, że lubię Stare Dobre Małżeństwo i nikt inny tego nie słucha… Dziś Hania usypia tylko przy piosence „Bez słów” w wykonaniu mamy. Kiedyś zawracałam sobie głowę wieloma rzeczami. Teraz wiem co jest ważne.

ROK MIŁOŚCI 2018 – ważne sprawy

Zabrzmię banalnie: ważna jest miłość!

Okazuje się, że nawet wyjazd do chaty nie jest ważny. Pałoszówka ma już 3 lata, a wciąż nic nie jest zrobione. Dalej nie wiemy jakie tajemnice kryje w sobie szopa. Nawet ścieżka do chaty zarosła. Dalej nie mamy ani grosza na remont, bo trzeba powoli zacząć myśleć o zwiększeniu metrażu w mieście, w którym żyjemy na co dzień.

W tym roku mało było chaty. W lutym 2018 zaliczyliśmy chyba ostatni zimowy wyjazd do chaty w ciągu kolejnych 5 lat… Zima trochę nas przerosła. Za kilka lat powtórzymy akcję zima, ale wtedy nasze dzieci będą już same się ubierać. Przynajmniej nie będę musiała się martwić, że spotkają żmiję.

Na wiosnę, gdy już chata odtajała po zimie trzeba było trochę posiedzieć w mieście. Ja kończyłam studia na UR, Ignaś mieszkał u mnie w brzuchu. Końcówka ciąży nie jest dobrym momentem na wyjazdy. Tak więc po weekendzie majowym zamknęliśmy chatę, aż do 7 lipca. No cóż są ważniejsze sprawy. Udało nam się za to uwiecznić ten ogromny brzuch:

Tą ciążę znosiłam w sumie dobrze i czułam się nawet ładnie 🙂 dlatego zdecydowałam się na zdjęcia. Lato minęło w chacie tak bardzo szybko. Były moment ciężkie – każda mama takie miewa na początku. W sierpniu cieszyliśmy się większą swobodą – Ignaś był ciut starszy i nawet chciał poleżeć na przełęczy. Za to Hania jest w tym trudnym wieku, w którym jest za duża na nosidło, a nie chce za dużo chodzić. Lato spędziliśmy na krótkich spacerach, chustonoszeniu, na zabawach w basenie i obsłudze dzieci… a inni zadowolili się spaniem:

To akurat rzadki widok 🙂

Pod koniec sierpnia udało nam się też często wychodzić na zachody słońca.

Nie wiem kiedy ten czas przeleciał. Hania już taka duża, w chacie przeżyliśmy kolejne lato, a które tak czekałam…

Taka dama
i my 🙂

5 rocznicę ślubu i 4 urodziny Hani spędziliśmy w kościele na chrzcinach Ignasia i w Gościnnej Chacie z najbliższą rodziną i z wielkim, pysznym czekoladowym tortem (i smacznym obiadem też).

ZDROWIE

Zaraz po miłości ważną sprawą jest zdrowie. W roku 2018 u bardzo bliskiej mi osoby zdiagnozowano raka tarczycy. Nowotwór zawsze wydaje się wyrokiem. Na szczęście ten rak ma bardzo dobre rokowania. Jednak taka informacja przewartościowuje życie po raz kolejny. Chyba właśnie ten moment wybił mi z głowy przeprowadzkę do Nowego Sącza, czy w ogóle z Krakowa do innego miasta. Kiedyś wyprowadzimy się do chaty. Na razie chcemy być blisko rodziny i przyjaciół.

Zdrowie i miłość okazały się ważniejsze od chaty, którą zamknęliśmy w tym roku bardzo wcześnie, bo na początku października.

ROK MIŁOŚCI – ważny moment

Pod sam koniec roku, bo 30 grudnia miałam bardzo ważny telefon od nieznanej mi osoby. Ta rozmowa pokazała mi jak ważne jest to co piszę. Jeśli moja obecność w Internecie może pomóc jednemu człowiekowi to warto to robić.

Życzę Wam miłości! Niech ten 2019 rok będzie pełen radości i nowych wyzwań!

Życzę Wam zdrowia, energii i sił do realizacji marzeń!

Życzę Wam takich momentów, które potwierdzają, że to co robicie jest ważne!

miłość

Zastanawiam się czy ten wpis nie powinien powstać za kilka lat. W momencie jak już będę znała odpowiedzi na pytanie, które dziś sobie zadam. Jednak za jakiś czas będą we mnie inne emocje, nie będę pamiętała jakie moje dzieci były małe, a ja i Tomek młodzi. Tak już jest, że nie zauważamy upływu czasu. Codzienne małe zmiany prowadzą do zdumienia, że Hanka ma już ponad 4 lata i chodzi do przedszkola (drugi rok!!!)… a ja jestem już po trzydziestce. Patrzę do lustra i codziennie widzę taką samą Justynę, budzę się przy tym samym Tomku i tylko gdy patrzę na dawne zdjęcia dostrzegam różnicę. Zdumiewa mnie, jak niewiele pamiętam z pierwszych miesięcy życia Hani. Dlatego wpis powinien zostać napisany dziś. Kiedyś do niego wrócę i się zadziwię.

Co jest ważne w rodzicielstwie??

Nasze rodzicielstwo to rodzicielstwo skrajności. Zostaliśmy rzuceni w dwie różne sytuację.

Jaka byłam dumna, że Hania śpi sama. Została do tego przyzwyczajona w szpitalu, a my tego nie zmieniliśmy. Dziś codziennie w nocy  mam u boku dwóch mężczyzn: męża i małego Ignaca. Hania ma swój pokój i swoje łóżko, o czym sama zadecydowała któregoś dnia, gdy wyprosiła nas do salonu na kanapę. Czasem woła do siebie tatę albo przychodzi do nas… Kanapa ledwo, ale mieści całą czwórkę.

Hania była karmiona butelką i mlekiem modyfikowanym, a Ignacy piersią. Są to naprawdę dwie różne rzeczy i każda ma swoje plusy i minusy. U Hanki był pełen monitoring ile zjada i bardzo tego pilnowaliśmy.  Hanię karmiła mama, tata, dziadek i babcia… Mama mogła wyjść, odpocząć, napić się wina. Ignacy jest synkiem mamusi. Teraz nie wyobrażam sobie zostawić go na noc z tatą, na kilka godzin też jest problem. Hania w wieku 7 miesięcy pozwoliła mamie na wylegiwanie się na plaży i chodzenie po górach na Majorce. Ignacy jeszcze długo mnie nie puści na dłuższy czas. Jestem matką, która ceni sobie swój komfort psychiczny i czasem mam potrzebę wyjść. Na razie wystarczą mi krótkie wyprawy do sklepu.

Hania

Pierwszy raz zobaczyłam Hanię ok. 6 godzin po urodzeniu i nawet nie mogłam jej dotknąć. Pierwszy raz ją przytuliłam kilka tygodni później. Dopiero po dwóch miesiącach była w pełni nasza. Pierwsze dwa miesiące życia spędziła na intensywnej terapii, gdzie można było tylko 3 godziny siedzieć przy dziecku. Hania nie jest dzieckiem, które się z chęcią przytula. Zrobiła w tej kwestii duże postępy. Jest uśmiechnięta i dość samodzielna. Nie umiałam jej nosić w chuście, bałam się ze względu na rurkę tracheostomijną. Wędrowała z nami po górach w nosidle turystycznym. Gdy tylko nauczyła się dobrze chodzić, od razu zrezygnowałam z wózka. To na pewno nie było rodzicielstwo bliskości. Choroba nam to trochę odebrała. Ale było za to rodzicielstwem pełnym walki, dobrego myślenia, nadziei, modlitwy i pracy. Czy w pełni wygraliśmy? Nie wiem. Jak się czyta niektóre teorie to nasza Hanka będzie miała w przyszłości ogromne problemy. Bo była mało przytulana w pierwszych dwóch miesiącach życia, bo mama czasem wyjeżdżała, bo była karmiona mm, bo urodziła się przez cc, bo mama czasem płakała… ale ja wierze w to, że nie to się liczy. Ważna jest miłość i w jej przypadku wiara, że wszystko będzie dobrze!

Ignacy

Ignacego zobaczyłam od razu po „wydobyciu z brzucha”… i probie naturalnego porodu. Na następny dzień mogłam go przytulać i przytulam prawie ciągle do tej pory – to w chuście, to przy piersi. Jesteśmy zdecydowanie bliżej siebie, niż wtedy z Hanią. Czy Ignacy będzie miał przez to mniej problemów za kilka lat? A może więcej?

Rodzicielstwo

… bo tak naprawdę nie liczy się jak karmisz, ile przytulasz, czy posyłasz dziecko do żłobka, czy szczepisz, …. , ale jak kochasz. Ja wyznaję tylko jeden typ rodzicielstwa: rodzicielstwo miłości. Na pierwszym miejscu stawiam wzajemną miłość rodziców, bo z tej miłości rodzi się dziecko. Potem wszystko się już układa… 😉

miłość

Ignaś kończy dziś 5 miesięcy.

I ja jako mama dwójki dzieci kończę dziś 5 miesięcy. A może bardziej my jako rodzice Hani i Ignasia. To dobry dzień, aby podzielić się z Wami zdjęciami z naszej sierpniowej sesji, za którą dziękujemy cudownej Oli.

A resztę  obrazkowych, sielankowych wspomnień zostawię sobie na potem :)… za kolejne 5 miesięcy.

miłość

Staram się omijać tematy dotyczące macierzyństwa… Za dużo przykrych słów pada, gdy rozmawia się o sposobie urodzenia dziecka, karmieniu piersią, szczepieniach, posyłaniu dziecka do żłobka, przedszkola itd. Tyle jadu ile wylewają na siebie matki mnie zadziwia, można by nim obdarować wszystkich polityków, którzy tak nas wkurzają, a i tak by zostało (ale o polityce też nie będziemy rozmawiać). Nie chce się teraz zastanawiać dlaczego tak jest. Głęboko wierzę, w to że każda matka w swoją rolę wchodzi najlepiej jak potrafi.

Dziś będzie o bezbolesnym macierzyństwie

Trafiłam dziś na FB na tekst o tym, że wiele w macierzyństwie boli… i zaczęłam myśleć czy to dobre określenie. Mamy tendencję do przesadzania, albo gloryfikujemy albo demonizujemy bycie matką. Przecież to zwykła rzecz. Naturale jest to, że z miłości dwojga ludzie rodzi się dziecko. Z macierzyństwem jest jak z życiem. Daje radość i ból, ale zwykle toczy się swoim naturalnym biegiem… dzieci rosną, a my się starzejemy.

Poznałam w swoim życiu matki, których macierzyństwo wydawałoby się bardzo bolesne. Są to matki umierających dzieci, matki dzieci niepełnosprawnych, matki czekające, samotne matki i wiele matek z innymi problemami. Są to matki, które nigdy nie powiedziałby, że je boli… Może z czasem sobie zdały z tego sprawy. Tak jak ja teraz widzę, jak było mi ciężko w haniowej chorobie. Jednak wtedy nie myślałam, że boli, bo skupiałam się na teraźniejszości. Czasem czułam ból i strach, ale patrzyłam gdzie indziej.

Dziś przeżywam macierzyństwo bezbolesne. Wszystko wobec tego co przeżywałam wydaje mi się takie proste i naturalne. Jedyne co mnie boli to plecy, ale to przejdzie.

Matki kochane!

To co robicie jest zwyczajne i naturalne. To Wy macie to piękno, które nadaje temu urok.

Ostatnio przeczytałam, że pościelenie rano łóżka może zmienić życie (w 100% się zgadzam i dlatego zawsze ściele). A ja myślę, że umycie się i zrobienie makijażu może zmienić nasze macierzyństwo. Piszę o tym, bo w tekście o którym myślę, napisano, ze chodzenie z brudnymi włosami i brak czasu na kąpiel boli. Na pewno tak jest, ale kto nam każe chodzić nieumytym. Ja mam na to sposoby i zapewniam, że się da (przynajmniej z dwójką dzieci jest to możliwe). Gdy któregoś dnia Tomek wraca z pracy, a ja jestem bez makijażu to wie, że to ten dzień, w którym trochę boli i nie jest najlepiej. To też mi się czasem zdarza.

Podsumowując macierzyństwo nie jest zupełnie bezbolesne. Ale całe życie takie jest… daje i szczęście i rozpacz.

wdzięczność

Chodzi o to, aby żyć całym życiem każdego dnia. Aby nasze szczęście było tu i teraz. A jeśli nie cieszysz się, oczekujesz zbyt wiele, nie umiesz wstać rano z łóżka mimo tego, że nic Ci nie dolega, dąsasz się bez powodu, rzucasz fochy, masz humory, to idź na szkolenie. Musiałam to napisać… trochę prześmiewczo. Ostatnio jest coraz więcej kursów z życia, a wystarczy przejść się wieczorem po szpitalnym korytarzu, zajrzeć do sali, porozmawiać z mamą Amelki. Czasem potrzeba wstrząsu… takiego wydarzenia, które pokaże nam, że nic nam się nie należy i  że wszystko możemy stracić w kilka minut. Wtedy jakoś szybko przewartościowujemy swoje życie i bardziej doceniam każdy dzień.

Odważnie i całym życiem

Każdy powinien przeżyć coś ponad swoje siły… wejść na swój szczyt, na swój Everest. Wtedy nie potrzeba żadnych szkoleń, psychoterapii, wydanych pieniędzy na coachów, kręgów naprawczych i innych dziwnych wynalazków dzisiejszego świata. Kiedyś ludzie nie mieli innego wyjścia i musieli żyć. Nie zastanawiali się rano w łóżku czy warto dziś wstać i działać, to było ich być albo nie być… Goniła ich praca i natura.

Mi zawsze się chce. Gdy w moim życiu było trochę trudniej wracałam do swoich szczytów. Kurcze Justyna dasz radę, przecież zrobiłaś to… Czym jest ten magiczny Everest? Jaki jest Twój? Nie wiem, bo każdy ma w życiu inne wydarzenie, doświadczenie.

Moim pierwszym takim doświadczeniem ponad moje siły była sprawność Trzech Piór zdobyta na obozie harcerskim nad jeziorem Barlin w 2005 (???). Polega ona na przetrwaniu trzech prób: milczenia (24 h bez słowa), głodu (24 h bez jedzenia) i samotności (24 h samemu w lesie). Zgodziłam się na podjęcie tego wyzwania tylko po to, aby zyskać w oczach swoich harcerek. Byłam przekonana, że polegnę na pierwszej próbie i nie będę musiała iść do lasu. Sama chęć zdobycia tej sprawności pokaże mojej drużynie, że się nie boję. Stało się inaczej musiałam stanąć twarzą w twarz ze swoim największym strachem – lasem w nocy. Przygotowały mnie to tego mniejsze wydarzenia – każda noc spędzona w samotności w namiocie na obozie rok wcześniej, które przypłaciłam gorączką ze strachu. Pokonałam swój ogromny lęk. Potem przed kolejnymi Everestami  zawsze wracałam to tej nocy w lesie. Mój Everest rósł i rósł… teraz boję się mniej.

Jest i prawdziwy Mont Everest 🙂 zdjęcie Tomka, listopad 2013

Doświadczenie

Teraz żyję całym życiem. Hanka mnie tego nauczyła i harcerstwo wraz z moimi Everestami. Dziś znów doświadczyłam szpitala. Tym razem inna mi bliska osoba się w nim znalazła. A ja po raz kolejny dostaję od Boga wiadomość: nie odkładaj szczęścia na potem!

Czasem myślę, że pełnie szczęścia osiągnę jak wyprowadzę się w góry i że na prawdziwą radość muszę poczekać. Tak nie jest. To jest we mnie. Mam w życiu tak wiele dobra… każdego dnia 🙂

dziecko w chacie

Od kiedy zaczęłam na poważnie myśleć o sobie jako o matce to widziałam siebie z dzieckiem w chuście biegającą po górach. Oczywiście z mężem, który dźwiga ciężki, obozowy ekwipunek. W marzeniach były bazy namiotowe, ogniska i sama natura. Potem rzeczywistość zweryfikowała wyobrażenia. Hani nie dało się nosić w chuście. Na pierwsze poważne wędrówki po górskich szlakach musieliśmy poczekać do czasu, aż mogła siedzieć w nosidle.  Spacery z wózkiem i na rękach były wcześniej. Pierwszy Hani wyjazd w góry odbył się w kwiecieniu 2015 do naszego ukochanego Jolinkowa. Przy Ignasiu musiało być inaczej. Dla mnie chustonoszenie to przede wszystkim sposób na chodzenia po górach z małym dzieckiem.

MOJE CHUSTONOSZENIE

Do chustowania nie dorabiam żadnej ideologi. Jest to po prostu jedyny sposób, żeby pójść w gór z niemowlakiem. Przyznam się jednak, że uwielbiam chustonoszenie i stosuje je również w mieście. Jest to element naszego porannego rytuału. Po wylegiwaniu się z siostrą w łóżku rodziców, Ignacy wskakuje do chusty i idzie z mamą odprowadzić Hanię do przedszkola i na poranny spacer. Mi jest wygodniej z chustą, bo jest szybciej i mogę bez problemu biec za Hanką, która pędzi z górki na hulajnodze do swoich codziennych obowiązków i koleżanek. Przyjemniej jest również tak z rana poprzytulać się w porannych promieniach słońca.

Tego trzeba się nauczyć. Początki wydają się trudne, ale mi pomogło spotkanie z doradczynią chustową i filmiki na youtubie. W końcu zdecydowałam się na kieszonkę, zamiast kangurka, którego nauczyłam się w trakcie warsztatu. Kieszonka wydaje mi się stabilniejsza – to moje osobiste odczucie. Podobno kangurek lepiej sprawdza się przy noworodkach. Ignacy jest noszony w chuście od 3 tygodnia życia. W sumie spędził w niej znacznie więcej  czasu niż w wózku. Chusta jest używana u nas prawie codziennie, ale doceniam też wózek, bo on daje więcej swobody i dziecku i mamie oraz mieści wiele, innych rzeczy… aaa i powoli dochodzimy do minusów chusty. Dla mnie są one dwa:

  1. uff jak gorąco. Jestem osobą, której zawsze jest ciepło. W upały w chuście bardzo się z Ignasiem grzaliśmy, za bardzo…
  2. uff jak boli. Ostatnio zaczęły mnie boleć plecy i pewnie chustonoszenie jest jedną z  przyczyn tego stanu zaraz obok nie dbania o siebie w tej kwestii, podnoszenia dzieci na wysięgu itp…

Chusta służy nam jedynie do przemieszczania się, czyli nie używamy jej w domu. Ciężko mi ubrać buty z Ignacym w chuście, a co dopiero odkurzać czy gotować. Może jak będzie starszy i noszony na plecach to byłoby to możliwe. Ale moje dzieci są podłogowe 🙂 – same rozwijają się i bawią na macie, czy specjalnym kocyku (przynajmniej tak było z Hanią). Nie widzę sensu wykonywania domowych prac z dzieckiem na plecach. Jest czas samodzielnej zabawy (wtedy mama sprząta) i czas zabaw z mamą.

WYBÓR CHUSTY

Nasza chusta wybrała się sama, czyli odziedziczyliśmy ją po kuzynie Piotrusiu… więc nie było zastanawiania się i dobierania. Ja bardzo chwalę sobie paski, bo to ułatwia wiązanie. Mamy tylko tą chustę i mimo, że używamy ją bardzo dużo to nie potrzebujemy więcej. Chusta bardzo szybko schnie. Nie jestem mamą gadżeciarą, więc nie muszę mieć kolekcji chust pod kolor bluzek. W tej kwestii jest mi bliżej do mamy-minimalistki, bo jestem naprawdę odporna na przemysł ciążowy, niemowlęcy i dziecięcy. Bez wielu produktów reklamowanych w internetach moje dzieci są szczęśliwe, za to mają najprawdziwsze patyki z najprawdziwszego lasu… A ja za oszczędzone pieniądze kupię sobie kiedyś Bolesławca do mojej agro.

dziecko w chacie

Wrzesień przyszedł trochę z zaskoczenia. Tak długo czekałam na wakacje i lato w chacie, a już zaczyna się rok szkolny. Hania poszła do przedszkola, a my z Ignasiem będziemy odkrywać uroki miasta. Przyszedł czas na krótkie podsumowanie. W tym roku letni pobyt w Pałoszówce był dla nas bardzo monotonny i trochę „nudny” – nie zrobiliśmy nic ciekawego i wielkiego w oczach człowieka dorosłego. Ja i Tomek większość czasu spędziliśmy na staniu. Na staniu przy motylku, przy kwiatku, przy drzewku, przy mrówce…. czasem udawało nam się przespacerować do następnego krzaczka, kamyczka, patyczka. Nie byliśmy nigdzie dalej niż na Cyrli, czy w Makowicy. Cały nasz czas był dostosowany do dzieci. Nasze potrzeby wędrowania, spacerowanie po górach ograniczyły się do haniowych kroków, a czas do ignasiowch karmień. Wydaje Wam się pewnie, że to trochę smutne i ciężkie. Rzeczywiście, czasem były nerwy i niecierpliwość. Człowiek musi zapomnieć o swoich potrzebach. My uwielbiamy chodzić na długie spacery. Jednak teraz jest czas dzieci i czas odkrywania świata z nimi.

Dzieci w las!

Nie wiem może to ja wyszukuję takich informacji, ale wydaje mi się, że coraz popularniejsze robi się wysyłanie dzieci w naturę! Powstają leśne przedszkola, blogi o tej tematyce, w internowanych sklepach można nawet za dużą cenę kupić kawałki lasu do zabawy, są grupy ludzi, którzy taplają się w błocie (w środku miasta!!!). Dzieci najlepiej rozwijają się na łonie przyrody i nie potrzeba na to pieniędzy. To jest coś o czym moja mama i pewnie każda mama przed erą smartfonów wiedziała. Technologia nie jest najlepszą rzeczą jaką możemy zaoferować małemu dziecku, a nawet nastolatkowi. Niestety we współczesnym świecie i z tym dzieci muszą się oswajać, żeby potem móc mądrze z tego korzystać.

W chacie posyłanie dzieci w naturę, las wychodzi naturalnie. Trzeba tylko dostosować tempo, otworzyć oczy na rzeczy, które dla nas już dawno stały się niewidoczne i nauczyć się mówić o tym, co dla nas już dawno jest oczywiste i niestety często zapomniane.

Hania już wie, że to goryczka i że jest pod ochroną.

Ja i Hania chodzimy kupować… uwielbiamy zakupy w pobliskim hipermarkecie. Nie potrzebujemy tam pieniędzy, dojeżdżamy tam autem, które napędzane jest wyobraźnią, a czasem to pociąg czy kareta dla księżniczek i jest tam wszystko co tylko zapragniemy. Wracamy z pełnymi plecakami i brzuchami, bo jest tam restauracja.

Hania jest również posiadaczką kilku nieruchomości. Najpiękniejsza to rezydencja pod modrzewiami z wielkim tarasem, z którego rozpościera się widok na dolinę Popradu. W tym domu jest również salon, sypialnia, kuchnia i łazienka.

A zadaniem rodziców jest wejść w ten świat i zobaczyć więcej…

Dzieci nie potrzebują wiele

Większość naszych zabawek mieszka w półkach i kątach. Za to patyki i kamyki zajmują krzesła, stoły i honorowe miejsca. Najlepsze przedmioty do zabawy to te, które wymagają wyobraźni. I w ten sposób często na spacerach gadaliśmy do kamienia, który oprócz tego, że był niezawodnym telefonem nie wymagającym ładowania, był aparatem fotograficznym i wyświetlaczem bajek. Niestety zdjęć nie udało się nam wywołać, bo nikt w PL nie zna się jeszcze na tak zaawansowanym sprzęcie.

i o to jest! Super nowoczesny bez potrzeby ładowania baterii i zawsze z zasięgiem… aaa i najważniejsze – dzieci od niego nie głupieją, a wręcz przeciwnie rozwijają swoją wyobraźnię 🙂

Mama gapa nie zabrała Ignasiowi żadnej zabawki… ale wystarczyło trochę bibuły, sznurka. … i tak minął letni czas w chacie. A już chciałabym powiedzieć: Dzieci w las! i dorośli też ;).

miłość

Jeszcze został tydzień do naszej 5 rocznicy ślubu… powinniśmy się jakoś przygotować do tego wielkiego dnia. A może ten dzień ma być naszym zwykłym czasem. Każdy dzień przeżyty z miłością powinien być wielki i powinno być to dla nas zwyczajne. Tak jak zwyczajne jest to, że jesteśmy dla siebie po prostu mili, dobrzy i sobie ustępujemy, robimy przyjemności itd… Czasem jednak trzeba wieczorem usiąść na tarasie, posiedzieć i uświadomić sobie jakie to niezwykłe (gdy ma się dzieci to samo siedzenie wieczorem w dwójkę jest czymś niesamowitym). Przecież znamy statystyki… tyle się mówi o rozwodach i tyle jest wśród nas małżeństw niemiłych, nieudanych i w kryzysie.

Drewniana rocznica

5 rocznica ślubu jest nazywana drewnianą, co mi się osobiście bardzo podoba. Nasze życie z Tomkiem jest bardzo drewniane. Oboje marzymy o drewnianym domu i oboje lubimy zapalony piec i kominek, ogniska, świeży las wiosną i buczynę karpacką latem i kolorowe liście jesienią. Drewno kojarzy mi się z ciepłem, dobrem, naturą, Bogiem. Ma tak bardzo wiele odsłon i funkcji. Jest różne jak różne są odmiany miłości. Każdy kawałek drewna jest inny jak każda para, która ma 5 rocznicę ślubu. Drewno daje schronienie, ciepło, poczucie bezpieczeństwa i przygodę. Jest zwyczajne tak jak powinna być zwyczajna miłość. Jest niezwykłe tak jak powinna być niezwykła miłość.

5 lat

Ostatnie 5 lat to najintensywniejszy i najbardziej niezwykły czas w moim życiu. Z drugiej strony jest tak bardzo normalnie i naturalnie. Czuje, że moja wędrówka prowadzi po właściwej ścieżce. Uwielbiam bycie żoną. Z tej miłości urodziła się dwójka pięknych dzieci i powstało miłe miejsce w górach – nasza chata. Z tej miłości każdego dnia rodzi się uśmiech i poczucie szczęścia.

Gdzie mieszka miłość?? 🙂
Miłość mieszka w nas… brzuszkowa sesja, maj 2018

Świętowanie

Długo rozmyślaliśmy nad sposobem uświęcenia tego dnia. Poprzednie rocznice  ślubu w miarę możliwości spędzaliśmy sami w górach i na tańcach. W tym roku jest to niemożliwe, dlatego postanowiliśmy uczcić ten dzień zupełnie zwyczajnie. Drewnianą rocznicę chcemy ofiarować Temu, który nam ciągle pomaga. Miło nam będzie jeśli z nami będziecie chcieli poświętować. Zapraszamy na Mszę Świętą, podczas której będziemy dziękować za nasze 5 lat małżeństwa, 7 września 2018 o 18.30 w kościele Niepokalanego Poczęcia NMP na Azorach w Krakowie.

 

dziecko w chacie

W ostatni weekend pojechaliśmy pierwszy raz do chaty z synkiem. Ignaś w piątek 6 lipca skończył swój pierwszy miesiąc. Hania w tym czasie bawiła się u dziadków. Następny wyjazd będzie już w czwórkę.

Z powodu wieczornych maratonów Ignasia przy piersi postanowiliśmy poczuć się 10 lat młodsi i wyjechać w porze jego spania po drugim nocnym karmieniu, czyli ok. 4-5 rano. Udało się nam wyjechać o 4.51 spod bloku :). Na przełęczy byliśmy już o 7 (nasz najlepszy czas!), więc mieliśmy całą sobotę dla siebie. Ten dzień przeznaczyliśmy na pierwszy chustowy spacer do Cyrli i zbieranie porzeczek, których w tym roku jest bardzo, bardzo dużo. Tyle udało się zrobić, reszta naszego czasu minęła jak zawsze na obsługiwaniu niemowlęcia i jego mamy, która nie ma nawet chwili, żeby zrobić sobie rano kanapkę (Ignaś preferuje również poranne sesje przy cycku (o czym nie będę pisać, bo to temat rzeka, który budzi wiele emocji)). Tato sobie świetnie z tym radzi.

Po co?

Dzieci w góry zabieramy przede wszystkiemu z uwagi na siebie… to dla naszego zdrowia psychicznego i szczęścia – po prostu to lubimy! I tu napiszę taki frazes Szczęśliwi rodzice to szczęśliwe dzieci.

Jednak to nie do końca prawda. Jest to nasz sposób na życie i chcemy przekazać to dzieciom. Jest wiele pozytywów płynących z pobytu w górach nawet dla bardzo małych dzieci:

  • świeże powietrze! – dla nas Krakusów to bardzo ważne;
  • bezpieczne, naturalne bodźce ważne dla rozwoju dziecka. Tu się zatrzymam. Natura, las, polana nie może przebodźcować dziecka. To zawsze będzie dobre, niemowle w górach nie będzie nadmiernie pobudliwe. Otaczająca zieleń uspokaja, muzyka wiatru, ptaków relaksują, a dziecko jest zdrowe psychicznie i fizycznie. A teraz pomyślcie o mieszkaniu z włączoną prawie 24 h na dobę plazmą na pół ściany, o hipermarkecie z kolorami, muzyką i tłumem ludzi. Połączcie to zestawienie z małym dzieckiem… i to są niebezpieczne bodźce;
  • bakterie, wirusy, brudy i zmiany temperatury, które uodparniają dziecko i według mnie są znacznie bezpieczniejsze od tych miejskich np. z supermarketu, czy z ulicy pełnej samochodów;
  • dzieci w górach są zdrowsze i szczęśliwsze, co widać na zdjęciu 🙂