miszmasz

Szpital to też rozmowy o życiu, chorobie, sensie i rzeczach mniej ważnych. Czasem dyskusja dotyczy gór. Podczas ostatnich dni dużo było słów, opowiadań i padło pytanie o to czy jeździmy w góry dalej i wyżej. Dziwna odpowiedz przyszła mi do głowy – nie, bo nie potrzebuję mierzyć się ze sobą. Tu mam swoje Himalaje. Naszły mnie myśli o szpitalu i górach…

Ostatnio ciężko mi było wytrzymać w mieście, oglądałam zdjęcia znajomych z gór i dostawałam „pierdolca” (przepraszam za wyrażenie, ale ono najlepiej odzwierciedla moje uczucia). W tym tygodniu przyszło mi się zmierzyć z pobytem w szpitalu.

Trudno być bohaterem dnia codziennego …

Nie muszę jechać na 5 000 m n.p.m., aby walczyć z samą sobą, ze swoim lękiem i słabością. Wystarczy mi pobyt w szpitalu. Pamiętam jak Hania leżała na Intensywnej Terapii i każdego dnia musiałam walczyć ze swoim rozczarowaniem i bólem, tak aby ona tego nie czuła. Leżąc na szpitalnej podłodze podczas ciężkiej nocy z poniedziałek na wtorek, kiedy Hania zaraz po zabiegu źle oddychała, ja musiałam się mierzyć ze swoim lękiem i zmęczeniem.

Jak bardzo trudno jest walczyć ze swoimi słabościami na dole, w domu… Człowiek ma tendencję do poddawania się. Łatwo o to w codzienności. Konsekwencje nie wydają się duże albo nie są od razu odczuwalne… W wysokich górach, w dżungli jak się poddasz to zginiesz od razu.

Pewnie zastanawiacie się o jakie słabości chodzi. W górach czy w dzikiej naturze to jest jasne – walczę ze zmęczeniem, ze swoimi ograniczeniami fizycznymi, ze strachem, głodem i zimnem lub upałem… Tu na dole trzeba walczyć ze wszystkim od czego uciekają wielcy wspinacze w Himalaje, niesamowici podróżnicy nad Amazonkę  i traperzy z plecakiem na Alaskę. Tu trzeba przeciwstawić się nudzie, codzienności, zniechęceniu, chęci narzekania na nieciekawe życie. Trudno jest być szczęśliwym zmywając naczynia, jadąc autobusem do pracy czy robiąc zakupy.

Teraz pomyśl, że ktoś nie może zmywać naczyń, gotować dla swojego dziecka, chodzić z dzieckiem na spacer do parku.

Szpital to taki wstrząs, jakby Bóg wziął Cię i potrząsał krzycząc: „Człowieku ocknij się, otwórz oczy. Zobacz ile masz i już nigdy nie narzekaj. Bądź szczęśliwy!”.

Właśnie to przeżyłam w środę, gdy na naszą salę przyjechała Amelka – dziewczynka pół roku starsza od Hani. Amelka jest chora, ma nowotwór i nie ma włosów i na razie nie wstaje z łóżka. Jest w szpitalu od 1 czerwca. Pojechałam do domu i płakałam… Wiemy, że szpitale pełne są takich dzieci, ale nie czujemy tego. Nie chcemy tego widzieć. Rozumiem to, bo znowu zaszkliły mi się oczy jak o tym piszę. Każdy widzi tylko czubek swojego nosa i swoje problemy. Trzeba doceniać swoje życie i zwykły dzień. Nie wolno nam pocieszać się tym, że inni mają gorzej, ale czasem trzeba popatrzeć szerzej. Jest mi teraz strasznie głupio, że byłam zła, że czekam z głodną Hanką 6 godzin na zabieg, bo może właśnie wtedy komuś ratowali życie. Jest mi głupio, że wkurzałam się, że chcą nas w szpitalu przetrzymać dzień dużej.

Mama Amelki i sama Amelka jest dla mnie większa od Wielickiego, Czerwińskiej, Pałkiewicza, Pawlikowskiej razem wziętych… W tej sytuacji ośmiotysięcznikiem, Syberią, dziką wyspą jest każdy dzień walki z rakiem. Tylko tu zamiast promieni słońca, wiatru smagającego twarz jest klimatyzacja i biała, szpitalna ściana. Zamiast zdobycia szczytu, zobaczenia nowego miejsca jest po prostu życie samo w sobie.

chata, miszmasz

Droga do domu to jedna z tych rzeczy, która spędza mi sen z powiek. Dom w górach to piękna i trudna sprawa. Jest wiele rzeczy, o których normalnie w mieście się nie myśli, a są to kwestie kluczowe.

Hanka na leśnej drodze, którą można dojechać do przełęczy…

Na razie do chaty wystarczy nam ścieżka.

Przetrwaliśmy wnoszenie Hanki i całego osprzętu rurkowego i jedzenia i różnych rzeczy… teraz jest trochę łatwiej, bo w chacie są zapasy i odpadł nam sprzęt medyczny. Teraz lubię to wchodzenia (zawsze lubiłam) i zawsze cieszę się, że to na zdrowie, ale to nie wystarczy. W przyszłości konieczne będzie wywożenie materiałów budowlanych (mam nadzieję), a jeszcze w dalszej przyszłości – gości… Marzę też o tym, żeby pokazać chatę osobą, które nie dadzą rady wejść na górę np. mojej babci.

Droga to po prostu super miejsce do zabawy… i nigdzie nie potrzeba chodzić…

Wiele rzeczy w moim życiu po prostu dzieje się, trudne sprawy same znajdują rozwiązanie. Bóg otwiera drzwi, a jak trzeba to i okna i pomaga mi podążać zgodnie z moim powołaniem. Liczę, że z wieloma rzeczami związanymi z chatą tak będzie. Sprawy, które teraz mnie przerastają, będą z czasem coraz łatwiejsze… Może droga też sama się znajdzie 🙂 a może to złudna nadzieja – leśnicy zaczęli przygotowywać drogę zaraz koło chaty do ściągania drzewa… – na razie to błotna ściana rozpaczy, ale plany są wielkie :)… Czas pokaże i może kwestia dojazdu będzie potrzebowała tylko trochę naszej pomocy i zaangażowania.

Nie jest tak, że tylko biernie czekam… bardziej określiłabym to jako aktywne czekania. Poszłam na studia, które są zgodne z moimi zainteresowaniami i tym, co chce oferować kiedyś w Pałoszówce i pomogą mi w kwestiach rolniczych (już nie będę się zastanawiając kiedy się kosi łąkę). Czekamy zbierając pieniążki na realizację planów, które przybliżą nas do sielskiego życia w górach za x lat … Droga do celu jest kręta, a nie chce iść przez kredyty, pożyczki, a potem w konsekwencji przez turystów-klientów, którzy są potrzebni do spłaty raty. Zrobię to później, ale z gośćmi i tym co chciałabym robić z nimi :)… (zioła, warsztaty, seanse saunowe, kąpiele w bali …). Czekamy i obserwujemy co przynosi nam życie.

A przyniosło już wiele dobrego !!! 🙂

miszmasz

Wrzesień jest prawie zawsze dla mnie przełomowy:

  • wrzesień 2011 – wyjechałam do Bristolu, żeby troszkę zarobić na swoje marzenia w Polsce
  • 2 września 2012 – założyłam firmę swoich marzeń – Lackową
  • 7 września 2013 – wyszłam za najwspanialszego człowieka na świecie

  • 10 września 2014 – przyszła na świat mała kruszynka Hania
Pierwszy raz na rękach u mamy 🙂

WRZESIEŃ 2017

Wrzesień 2017 również niesie ze sobą zmiany. Lackowa kończy swoją działalność. Ja myślę o czymś nowym, u Tomka w pracy też się zmienia, Hanka poszła do przedszkola.

Wrzesień zawsze niesie ze sobą nowości i nowe nadzieje. Dzieci idą do następnej klasy, nowej szkoły. Dorośli wracają do rzeczywistości po urlopach z nowym doświadczeniem i siłą. W styczniu mamy nowe pomysły, postanowienia, a we wrześniu je weryfikujemy, coś dodajemy, odejmujemy, urealniamy.

To już drugi wrzesień, który wymaga ode mnie podsumowania lata w chacie… jest to trochę przykre, bo już drugi raz okazje się, że ciepłe miesiące „zmarnowaliśmy” na bycie razem, spacerowanie, chodzenia po górach i nie zrobiliśmy właściwie nic z tego, co planowaliśmy wiosną. Przyjdzie czas na tą pracę, bo już gdy będzie samochód, dzieci będą starsze i będą jakieś pieniążki to nie będzie już usprawiedliwienia. Dla nas mieszczuchów nawet takie zwykle życie w górach wymaga większego wysiłku, pracy. Nie jestem przyzwyczajona do rąbania drewna, palenia w piecu. Zaraz będę robić pomidorową i nawet nie muszę się zastanawiać jak to zrobię, bo włączę gaz i zupa sama się będzie gotować. Tu w mieście nie muszę dokładać do pieca, zastanawiać się czy wystarczy drewna. Za to tam w chacie mam lepszą zupę i mogę ją zjeść z widokiem na las.

Może to jest właśnie dobry moment na cieszenie się po prostu byciem w lesie, spotykanie nowych ludzi, oswajanie się z przyrodą. W tym roku poznaliśmy sąsiadki z Makowicy, które robią pyszne rzeczy z mleka i nawet pokazały Hani jak doi się krowę (ona już wie, że mleko nie rośnie w sklepie w kartonach). To lato przeżywaliśmy również w lepszym standardzie życia – to było pierwsze lato bez rurki!!! Hanka biegała z piłką i kotem, mogliśmy pojechać na bazę namiotową Gorc, chodzić na dłuższe spacery bez sprzętu! 🙂 Cudownie! Spędziliśmy też dużo czas z kuzynem Piotrusiem.

Wrzesień niesie ze sobą trochę tęsknoty. Lato się kończy i wiem, że następny dłuższy czas w chacie czeka mnie za 10 miesięcy.

miszmasz

Tomek ostatnio zastanawia się jak wykorzystać nasze doświadczenie i widzę, aby służyła innym. Może jakiś portal, baza danych? Forum już jest. Myśli jak informatyk. Ja też o tym myślałam, ale po kobiecemu – może studium pielęgniarskie, a może podyplomowe studia logopedyczne. Przeszliśmy (przechodzimy) próbę – życie z rurką tracheostomijną.  Mamy czym się dzielić, posiadamy dość nietypową i specjalistyczną wiedzę i umiejętności. Ten post powstaje, bo jest mi wyjątkowo ciężko – przeżywamy kaszel… a przy rurce to wyjątkowo trudne (będzie o tym dalej). W ramach pomysłu przekazania swojego doświadczenia pomyślałam, że najpierw zrobię to tu, bo to blog o wszystkim :).

Życie z rurką tracheostomijną

Nam się wydaje normalne, ale na pewno takie nie jest. Człowiek do wszystkiego się przyzwyczaja. Omówię kilka ważnych dla mnie kwestii.

Wyprawy w góry

Różnią się tym, że musimy mieć ze sobą dodatkowe obciążenie. Nie ma możliwość iść z Hanką samemu w góry – tylko w parze. Tata niesie nosidło z Hanką, a ja plecak ze ssakiem, cewnikami, dodatkową rurką, opatrunkami, octeniseptem i wszystkim innym czego potrzebuje każde dziecko, czyli pewnie jakieś 6 – 7 kg. Wykluczone też są wyprawy kilkudniowe z noclegiem na bazie – ssaka trzeba naładować prądem. Na każdy spacer też to nosiłam, kiedyś w wózku, później z chodzącą już Hanką w plecaku, a dziś ssaka zostawiam w domu (Hanka ładnie wszystko sama wykaszluje, na spacer w miarę blisko domy wystarczy zestaw ratunkowy) :)… Potrafiłam iść na zakupy z Hanką, plecakiem ze sprzętem medycznym i siatami. Ostatnio podjeżdżając autobusem z zakupami (plecak + siaty), Hanka na rękach i rower biegowy pod pachą śmiałam się do Pani stojącej obok, że jestem antyreklamą macierzyństwa.

Spanie

Pierwsza noc z Hanką w domu wyglądała tak, że na zmianę czuwaliśmy. Hanka była bezdźwięczna, więc jakby się obudziła to kto by to usłyszał. Okazało się jednak, że mogliśmy spać, bo moje uszy tak się wyszkoliły, że przez sen słyszę każdą zmianę oddechu Hanki i zawsze budziłam się jak trzeba było ją odessać, przykryć kołderką. Teraz jest łatwiej, bo Hanka mówi i już sama przychodzi do nas jak potrzebuje pomocy albo jak chce porozwalać się w łóżku między rodzicami  😀 .

Inne dzieci

Z tym miałam problem. Właściwie to z innymi matkami, bo one najczęściej dziwnie się patrzyły. Zapytana  przez dziecko na placu zabaw nie mam problemu z wytłumaczeniem dlaczego Hanka tak ma. Najbardziej nie lubię jak sam rodzic/babcia/opiekun wytyka Hankę palcem i tłumaczy dziecku co jej jest. Mało czasu spędzamy na placu zabaw, ale od września idziemy do przedszkola, więc nadrobimy czas z rówieśnikami.

Kaszel

Nie wiem jak wygląda kaszel u zwykłego dziecka, może też jest trudny. Czy aż tak? Kaszel wymaga czasem wstawania w nocy co 3 minuty w celu odessania, w praktyce wygląda to tak: kaszel, wstajesz, odsysasz, kładziesz się, kaszel, wstajesz, odsysasz, kładziesz się, kaszel, … i nie ma przerwy… Hanka śpi, ale ja muszę wstawać, nie umiem jej pomóc i dochodzi to tego, że czuje się bezsilna, zła, wściekła. Mam ochotę iść do kuchni i rozbić wszystkie talerze. Jestem wkurwiona. Chyba każda mama tak ma (ciężko się do tego przyznać), np. w sytuacji, gdy już naprawdę nie wiesz co robić jak dziecko płacze. Jeśli tak nie masz, to jesteś święta albo masz zupełnie inny temperament niż ja. Teraz przechodzimy kaszel – jest łatwiej, bo Hanka jest większa i właściwie sama wszystko wykaszluje. Ma też wodnistą wydzielinę, która sugeruje wirusowe zakażenie (wiedzieliście, że po wydzielinie z dróg oddechowych można poznać czy to wirus, czy bakteria).

Dziwne umiejętność (dla normalnych ludzi)

Mamy też kilka nowych umiejętności – sami wymieniamy opatrunek, rurkę tracheostomijną. O odsysaniu nie wspomnę, bo przy tej przypadłości jest to konieczne i niezbędne. Potrafimy również włożyć dziecku do żołądka sondę pokarmową i rozpoznawać po oddechu, wydzielinie stan Hanki np. teraz ma gorączek, bo szybko oddycha. Jeśli ktoś będzie potrzebować pomocy w takich rzeczach służę pomocą i radą.

Od 4 miesiąca życia Hanka chodzi razem ze mną do logopedy. Pani Ala jest osobą, która bardzo mi pomogła, bo zawsze w nią wierzyła i bardzo dużo mnie nauczyła. Te zajęcia nie tylko dały bardzo dużo Hance, ale również mnie.

Uff… kończę. Nie wiem czy dotarliście aż tu :). Mam nadzieję, że ten wpis niedługo będzie wspomnieniem. Mam nadzieje, że dobrym wspomnieniem, bo w tym konkretnym przypadku co nas nie zabiło to na wzmocniło… bardzo wiele się nauczyliśmy i dowiedzieliśmy o sobie.

Na koniec rzadkie chwile relaksu u Joli:

miszmasz

Dziś Dzień Dziecka i chciałam Wam wszystkim złożyć życzenia, abyście zawsze mieli w sobie dziecko. To dobre dziecko, które jest ciekawe, dociekliwe, radosne i posiada umiejętność cieszenia się z małych rzeczy. Życzę Wam, abyście przeżywali codzienność swojego dorosłego życia jak dziecko, które traktuje każdy dzień jak najbardziej ekscytującą przygodę. Gdy zdarzy Wam się gorszy dzień, mały upadek to wstawajcie jak dzieci z ufnością i szybko wymazujcie złe chwile z pamięci. Proszę wyrzucie z siebie małego urwisa, który jest kłótliwy i czasem płacze bez powodu.

Fajnie być dorosłym 🙂 Dzień Dziecka

Dorośli zawsze mówi mi, że dzieciństwo to najpiękniejszy okres w życiu. Mi dobrze jest teraz i tu gdzie jestem. Czuję się uwolniona od rozterek małego dziecka, nastolatki. Pracuję z dziećmi i obserwuję ich cierpienie z byle powodu, bo on się nie uśmiechną, bo zdarłam kolano, bo ona powiedziała, że jestem głupia. Nam się wydaje to błahe, a pamiętacie jak wypłakiwaliście się w poduszkę, bo ona bardziej lubi tamtą, a ten nie zaprosił mnie na urodziny.

Nie jestem też zawsze zbyt poważna, umiem wydobyć z siebie dziecko, które ma marzenia, nie poddaje się i widzi bardziej możliwości niż przeciwności.

Każdy etap życia może być ekscytujący :). Mam nadzieję, że to myślenie mi się nie zmieni. W każdym wieku powinno obchodzić się Dzień Dziecka, bo jak powiedziała dziś mała Julka, każdy jest dzieckiem Boga. Kończę tym pozytywnym akcentem i pozdrawiam z nocnego Sandomierza.

miszmasz

W sobotę (tydzień temu) wieczorem zadzwoniła Agnieszka. Czekałam na ten telefon od dłuższego czasu, zbliża się 60 lecie. Wracają wspomnienia i z przerażeniem uświadamiam sobie, że mam problem z  kolejnością moich harcerskich obozów (Zaćkimbaniec – 2000, J. Czarne – 2001, Dol. Bieliczna – 2002, J. Radachowskie – 2003, Dol. Czertyżne – 2004, J. Barlin – 2005, Dol. Starego – 2006). Zimowisk już sobie nie przypomnę i kiedy byliśmy w Grecji też nie wiem :(. Nie pamiętam wielu innych spraw… ale w sercu mam wdzięczność do Puszczy za to, że mnie ukształtowała i nauczyła chodzić po górach, radzić sobie w trudnych sytuacjach, pomogła znaleźć pierwszą pracę i kolejną. Mam też w sobie pewien żal o to, że czasem nie potrafię się poddać i mimo, że chciałabym zamienić się w szarą, małą myszkę, która nie da rady, nie umiem i idę do przodu. Nie mam natomiast złych wspomnień. Taki mam charakter, że to co nie było miłe szybko zapomniałam i do tego nie wracam.

60 lat

15 maja Szczep Puszcza będzie miał 60 urodziny, a mi mija 10 lat od kiedy formalnie odeszłam z Puszczy.

Był czas kiedy byliśmy najlepszą Radą Szczepu: tworzyliśmy, przyjaźniliśmy się, chodziliśmy na kawy, dzwoniliśmy do siebie, zwierzaliśmy się, razem śpiewaliśmy, spędzaliśmy wolny czas i witaliśmy Nowy Rok. Wydawało mi się, że tak będzie zawsze. Okazało się jednak, że łączyło nas głównie harcerstwo. Myślę, że minęło 10 lat od ostatnich spotkań, telefonów. Jak w każdej burzliwej, młodzieńczej historii pojawił się element wielkiej miłości i wielkiego rozczarowania. Dziś jestem już w innym życiu, mądrzejsza, dojrzalsza i zdystansowana. Jest we mnie pewna tęsknota za Wami 🙂 (myślę o tej zgranej kadrze, którą byliśmy). Może jak nie uda mi się dotrzeć na ognisko z okazji 60 lat Szczepu Puszcza to zorganizuję jakieś spotkanie , a może lepiej nie – jestem już w innej Puszczy :)… i może nie ma sensu wracać do starych przyjaciół… jeszcze nie wiem.

Moja obecna Puszcza 🙂 czyli las koło mojego domu

A jednak (wpis tworzy się kilka dni) spotkanie się odbędzie i to nie dla byłej Rady Szczepu, ale dla wszystkich :). Dziś odwiedziła mnie Ola (Pasiak) i postanowiłyśmy zorganizować śpiewogranie. Pewnie myśl o tym, że powinnam zobaczyć się z byłą kadrą powstała dlatego, że naprawdę od prawie 10 lat nie utrzymujemy kontaktów. Nie pomyślałam o moim ZZ (zastęp zastępowych), bo z nimi widzę się w miarę regularnie (zawsze łączyło nas coś więcej niż drużyna) i o Grażynie, bo z nią łączy mnie dużo więcej niż Puszcza. Moja komenda zawsze była otwarta dla każdej harcerki i harcerza i niech właśnie tak pozostanie 🙂 – miło będzie Was wszystkich zobaczyć :). Informację o spotkaniu znajdziecie na FB.

miszmasz

Co może się wydarzyć w ciągu 30 lat? Wszystko i nic… Ostatnie 30 lat to dla świata okres bardzo intensywny. Zmiany są bardzo szybkie, że czasem nie zdążymy ich zauważyć. Ja wciąż nie wiem co to snapchat 🙂 i nie bardzo rozumiem czemu młodzież zamiast rozmawiać pisze, wysyła minki, kupy, serduszka… Myślę, że czuję większą różnicę wieku między mną, a kolejnym pokoleniem, niż nasi rodzice, ich rodzice, ich dziadkowie i babcie. Ciekawe co czeka mnie na starość… a tak naprawdę wcale mnie to nie interesuje, bo zaszyję się w lesie. A jeszcze bardziej prawdziwie to myślę, że albo świat zwariuje albo zawrócimy… Może w takim środowisku się obracam, ale widzę, że jest moda na powrót do natury. Chociaż wśród moich znajomych nie ma osoby bez laptopa i telefonu. Pomyśleć, że dało się kiedyś żyć bez zasięgu i Internetu. Teraz też się da: zapraszam do chaty 😀 😀 (ale pewnie tylko na chwilę jest to możliwe).

Ostatnie 30 lat dla mnie to całe moje życie.

Kiedyś myślałam, że w 30 urodziny będę już stara. Każdy chyba tak myślał i nagle nie zauważenie patrzy w kalendarz i liczy i nie dowierza – 30 lat. Nie jestem już młoda. Jestem w kwiecie wieku, w najlepszym momencie życia (zawsze jestem 😀 :D). Czuje się młodo, zdrowo i pięknie! 🙂

Mam siłę na wiele spraw, wyzwań. Patrzę wstecz, ale tylko na to co dobre, by czerpać z tego energię i dziękować! Mam jeszcze wiele celów do zdobycia i wiele miejsc do odwiedzenia, ludzi do poznania. Ta 30 to powinien być taki czas, kiedy ma się wszystko poukładane – życie rodzinne, zawodowe, osobiste i w końcu można skupić się na Życiu przez Wielką Literę. Nie jest to łatwe, bo gdy już wszystko sobie ładnie uporządkujesz to możesz stwierdzić uff to teraz siadam i … albo siedzisz i delektujesz się tym jak jest (UWAGA! To pułapka trzeba działać, żeby było jeszcze lepiej) albo siedzisz i czekasz, aż się wszystko rozsypie albo nie siadasz tylko napierasz dalej :). Stawiaj sobie cele każdego dnia, nie muszą być one wielkie. Życie składa się w większości z szarej codzienności, więc niech te wyzwania będą zwyczajne i staraj się w tym odnajdywać radość. To chyba najtrudniejsze. Chyba piszę do siebie 🙂 Dżasta, jak będzie Ci ciężko i nie będziesz miała motywacji wstać z łóżka (zdarza mi się) przeczytaj ten wpis i się opamiętaj!

To było cudowne 30 lat i chciałam Wam podziękować za obecność w moim życiu. Nie będę wymieniać komu za co, bo za dużo tego jest i mogłabym kogoś pominąć tak zupełnie niechcący. Dziękuję też tym, którzy utarli mi w życiu nosa, odrzucili i nie zawsze byli mili, bo dzięki temu jestem odporniejsza.

Kim jestem w wieku 30 lat?

Jeszcze jedna myśl mi krąży po głowie… a właściwie pytanie: Kim jestem? Kiedyś (12 lat temu) to pytanie zadał mi dh. Marcin, gdy szłam w ciemną noc zdobywać sprawność Trzech Piór. Pytanie poprzedził opowiadaniem Anthon’ego de Mello „Kim jesteś?”.

„Kobieta pogrążona w śpiączce umierała. Nagle odniosła wrażenie, że została wzięta do nieba i stoi przed Sądem.
– Kim jesteś? – rzekł do niej Głos.
– Jestem żoną burmistrza, – odparła.
– Nie pytałem, czyją jesteś żoną, ale kim jesteś?
– Jestem matką czworga dzieci.
– Nie pytałem, czyją jesteś matką, ale kim jesteś?
– Jestem nauczycielką.
– Nie pytałem, jaki masz zawód, ale kim jesteś?
I tak dalej. Niezależnie od tego, co odpowiadała, nie wydawało się to być zadowalającą odpowiedzią, na postawione pytanie: Kim jesteś?
– Jestem chrześcijanką.
– Nie pytałem, jaką religię wyznajesz, lecz kim jesteś?
– Jestem tą, która co dzień chodziła do kościoła i zawsze pomagała biednym i potrzebującym.
– Nie pytałem, co czyniłaś, ale kim jesteś?
W końcu, najwidoczniej przesłuchanie okazało się niezadowalające, bo została z powrotem przysłana na ziemię. Gdy wydobrzała po chorobie, postanowiła odkryć kim jest. I na tym polegała cała różnica.”

Wtedy po 24 godzinach spędzonych w lesie odpowiedziałam na to pytanie: Jestem nikim. A dziś do głowy przychodzi mi słynne „Jesteś zwycięzca” 🙂 … i tym zwycięskim akcentem kończę mój długi urodzinowy post.

I na koniec moje największe zwycięstwo 🙂

miszmasz

Kiedyś lubiłam zimę (najbardziej tą w górach)… gdy zostałam mamą to się zmieniło. Teraz naprawdę mam dość i muszę przetrwać „byle do wiosny”. Myślę, że gdy Hanka będzie większa to na nowo odkryję uroki zimy, ale jeszcze nie teraz. Zima

Męczy mnie ubieranie dziecka i siebie i to, że Hanka w tej grubej warstwie ubrań nie chce chodzić. Męczy mnie siedzenie w domu, bo smog, bo zimno… Muszę też bardziej uważać na jej zdrowie, a wszelkie zabiegi pielęgnacyjne na zewnątrz wymagają ściągania rękawiczek (a mam straszne problemy z rękami zimą).

Nawet chata zimą trochę mnie męczy, a może nie sama chata… ale bycie mamą zimą w chacie. Hanka nie chce chodzić po śniegu, więc spacery nie wyglądają jak latem. O godzinie 20 oczy mi się kleją i wspominam nasze wariacje na przełęczy o tej porze latem.

Zima jest piękna, ale trudna. Każda mama wie o czym mówię.

Jest pięknie!
Najpiękniejsze barwy zimy – niebieski i biały, bez miejskiej szarości

Sposób na zimę!

Mam kilka sposobów, żeby przetrwać do wiosny.

Jeszcze nie wypracowałam sposobów na zimę w chacie, bo raczej tam nie bywa o tej porze roku z Hanką.  Wszystko przede mną!

Gotuję (to zawsze), piekę ciasta (zimą jakoś więcej, bo chandra, bo jest czas) i opowiadam o tym Hance! Staram się, żeby i ona się nie nudziła. Więcej też się z nią bawię. Czasem tańczymy, a czasem rysujemy.

Wymyślam też nowe rzeczy – moim przebojem zimy 2016/2017 są musujące kule do kąpieli i pomadki do ust.

Uskuteczniamy zimowe wyjścia, gdy tylko pozwala na to pogoda :).

W drodze do Jolinkowa 28.01.2017

Udało nam się nawet wyrwać w dwójkę na Mogielicę. Hanka w tym czasie dobrze bawiła się u dziadków.

Mogielica we dwoje 🙂 29.01.2017

Jest jeszcze jeden niezawodny sposób na zimę dla kobiety – iść do fryzjera 🙂 Efekty w środę.

 

chatkowe SPA, miszmasz

Grudzień pachnie pomarańczami… i klejem. Zimowa aura za oknem, szybko kończący się dzień sprzyja pracom ręcznym:). Ostatnio panuje też moda na samodzielnie wykonane prezenty. Żyjemy w czasach gdzie ludzie wszystko mają i bardzo ciężko z trafionym podarunkiem. Jesteśmy już trochę znudzeni tą wielką ilością posiadanych rzeczy i dochodzimy do kolejnej topowej sprawy – wyrzucanie i ograniczanie się (ale to na osobnego posta kiedyś… chociaż w grudniu przy okazji porządków świątecznych staram się jak najwięcej rzeczy wyrzucić). Dając komuś prezent, który wykonaliśmy sami, dajemy też czas i myśli, które towarzyszyły nam w procesie twórczym. Sama zabawa, wymyślanie, wycinanie, klejenie jest okazją do oderwania się od dnia codziennego. Ja osobiście bardzo, bardzo przy tym odpoczywam.

W tym roku dzięki Madzi na warsztatach (zdjęcia) w Strefie Rodzica w Klubie Kultury Mydlnki zrobiłam kartki świąteczne (tym razem trochę mało, bo w tamtym roku z Kasią zrobiłyśmy ich bardzo dużo i powysyłałyśmy po szkołach od Lackowej). Najbardziej jestem zadowolona nie z samych kartek, ale z czasu, który spędziłam w miłym towarzystwie i mogłam się trochę artystycznie wyżyć.

kartki

Prezenty

We wtorek będziemy mogły w tej samej grupie robić moje ulubione mydełka i peelingi na prezenty:), które będą wyglądały tak:

prezent

a w środku mydło w wersji dla mniej doświadczonych 🙂 bo tym razem postanowiłam wykorzystać rzeczywiście tylko to co mam w domu, czyli zwykłe szare mydło, oliwę z oliwek, lawendę (napar + susz), płatki owsiane, masło Shea, zielony barwnik spożywczy (te dwa ostanie składniki nie zawsze są w domu i można je pominąć). Okazuje się, że można zrobić fajne mydełko naprawdę tylko z tego co mamy w kuchni (można dodać cynamon, kakao, miód) i robi się to bardzo prosto w czterech krokach:

  • ścieramy na tarce mydło (na grubych oczkach)
  • w kąpieli wodnej rozpuszczamy mydło z wodą (ja dodałam napar z lawendy)
  • dodajemy do mydła co tylko chcemy (w granicach rozsądku oczywiście), uwaga jest jedna musimy dodać składniki w trakcie kąpieli wodnej – ta wersja mydła bardzo szybko twardnieje (z bazą glicerynową jest inaczej)
  • wlewamy mydło do foremek (ja nasmarowałam je wcześniej oliwą z oliwek) i czekamy, aż będziemy mieć to:

mydełka

W Internecie znajdziecie mnóstwo opisów jak robić mydła, więc nie będę się rozpisywać. Chciałam Wam tylko pokazać, że może to być bardzo proste i daje dużo radości. Takie wzbogacone mydło też na pewno będzie lepsze niż takie pachnące, różowe i sklepowe.

Zamiast stać w kolejkach, przepychać się między półkami sklepowymi wolę stać przy garze i topić mydło, wycinać gwiazdy, a ewentualne niezbędne prezentowe zakupy robić przez Internet. Ja w sumie nie wiem jak wygląda ten zakupowy, przedświąteczny szał, bo wolę w tym czasie nie wchodzić do galerii handlowych.

Póki co, jest 15 grudnia i czekam na ubieranie choinki z Hanką… bo u mnie zawsze robi się to 24 grudnia. Mam nadzieje, że w przyszłym roku same zrobimy ozdoby świąteczne.

miszmasz

Kiedyś spacerując z Anetą zaszłyśmy pod siedziby krakowskich korporacji i Aneta śmiała się z korpoludków wychodzących z pracy i zapominających (zapewne celowo) zdjąć identyfikator. Jakoś wtedy wydawało nam się, że praca w korpo to najgorsza rzecz na świecie, teraz mój mąż tam pracuje (już tam pracował jak go poznałam). Aneta jest zaangażowana w pracę na uczelni, więc na razie do korpo jej daleko, chociaż pewne doświadczenie z tego typu pracodawcą ma.  Moja jedyna styczność z korpo to korzystanie z jej dobrodziejstw – prywatna służba zdrowia, basen i opowieści Tomka. Myślę, że raczej tam nigdy nie trafię, bo mam inny plan, jednak życie czasem weryfikuje nasz światopogląd i nasze „nigdy”.

Dla jednych praca w korporacji to spełnienie marzeń, to awans społeczny. Moja mama uważa, że stabilna praca w międzynarodowej firmie to już wyższa klasa. Nie ważne czy jesteś programistą, który robi wielkie rzeczy, pod którymi podpisuje się Filipiak, czy panią od wklepywania faktur do programu – pracujesz w firmie, którą każdy zna i jesteś „wielki”, masz komfort, poczucie bezpieczeństwa, umowę o pracę i stałą wypłatę.

Zastanawiam się, skoro praca w korporacji jest taka fajna, to dlaczego mamy tylu ludzi, który promują i żyją w alternatywny sposób. Dlaczego powstają całe reportaże, książki, programy telewizyjne, filmy, o ludziach, którzy porzucili strefę komfortu i żyją w lesie? A może mi się wydaje i jestem w błędzie i ja sama wyszukuję takie rarytasy… a tak naprawdę każdy chce mieć wielką plazmę na ścianie, nowy samochód i mieszkanie co najmniej 60 m2, maks 2 dzieci, psa i weekendy w hotelach *****. Każdy, tylko nie ja…

Są też ludzie po środku, którzy mają możliwość podpisywania się swoim nazwiskiem pod swoimi dziełami, sami kreują siebie, swoją markę i chociaż czasem nie śpią, nie dostają wypłaty (wciąż ładują w firmę) są szczęśliwi. Przepraszam za błąd pracownicy wielkich międzynarodowych firm też są szczęśliwi i mogą się realizować. Tu chodzi o mnie. Ja bym nie mogła pracować w ABB, Comarchu, Capgemini itd… Wklepywanie faktur nawet w największej i najbardziej znanej firmie na świecie nie dałoby mi satysfakcji. Gdybym była programistą to na pewno inaczej bym na to spojrzała. Chyba mam jakiś korpo kompleks… 😀

Mój wpis miał nie być o korpo, własnej działalności czy bezrobociu, ale o sposobie myślenia, życia. To co robimy w pracy przekłada się na to jak wygląda nasza codzienność.

PRACA

Mam takie poczucie, że dziś mamy coraz mniej ważnej pracy. Zajmujemy się marketingiem, czyli jak sprzedać dziurawą skarpetę, papier toaletowy wyszywany złotą nicią, jednorazową pralkę i przysłowiowe gówno w papierku. Pracujemy jako szkoleniowcy, którzy zastanawiają się nad korzyściami płynącymi z wylanego szamba (autentyczna historia, a może ja jestem za mało kreatywna). Przeraża mnie to, że płacą ludziom za oglądanie reklam w Internecie, że ludzie stają się sponsorami i dają zarabiać youtuberom, blogerom, którzy ogłupiają, obrażają…

Moja wymarzona praca to sprzątanie, pranie i gotowanie w drewnianej chacie… czyli pewnie 90% społeczeństwa uzna, że jestem niżej w hierarchii, że jestem tylko sprzątaczką i kucharką. Przecież jestem po studiach, z doświadczeniem i pomysłami. Mogę zostać trenerem personalnym i motywować ludzi za kilka tysięcy złotych. Właśnie na tym będzie polegać moja praca – ludzie będą mi płacić za wysprzątany pokój, ciepłe jedzenie, kawę, a dostaną w gratisie: mały trening motywacyjny, możliwość odpoczynku, sprawdzenia swoich sił na szlaku… Dla mnie wyjście w góry i pobyt w Jolinkowie, na Bucniku, czy w Chacie nad Wisłokiem to najlepszy sposób ładowania baterii, motywowania siebie, porządkowania życia i odpoczynku. Chciałabym takie miejsce kiedyś sama stworzyć, abyś przyjeżdżał do mnie, do lasu, do gór i czerpał z tego siłę i energię do spełniania marzeń.

A wydawałoby się, że wybieram miotłę… i będę w chacie sprzątać. A w wolnej chwili będę spacerować i po prostu ŻYĆ.

ja-i-tomek
Ja i mój korpo mąż na spacerze 🙂